Czasem zdarza się, że przeszłość łapie za gardło i dusi. Ta dalsza i ta bliższa. Powoduje, że nie możemy zasnąć w nocy i dopiero nad ranem zapadamy w krótki, nerwowy sen, z którego budzimy się jeszcze bardziej niewyspani niż wieczorem. Pojawiają się też duchy, widziadła oraz inne złe poczwary. Dzieje się tak najczęściej w książkach, zwłaszcza tych z kręgu literatury grozy. Myślimy, niczym Makbet, który ujrzał swojego zmarłego, zabitego przez niego przyjaciela, że coś złego zmierza w naszą stronę. Something wicked this way comes, niczym w tytule klasycznej płyty Iced Earth. Przeszłość może mieć oblicze nieznanego epizodu powstańczego z II wojny światowej, albo ubeckich tajemnic zamkniętych w ponurych kazamatach. Może być sekretem księżycowej podróży, albo czymś bliższym, wpadką, o której chce zapomnieć niekochana kobieta.

Pięć opowiadań i pięcioro głównych bohaterów tomu tekstów Orbitowskiego, znanego na rodzimej scenie fantastyki grozy, łączy właśnie przeszłość. I jak to w opowieściach z dreszczykiem bywa, łączy się ona z mniej lub bardziej niesamowitymi wydarzeniami. Trzeba powiedzieć, że od pierwszych słów pierwszego tekstu Popiel Armeńczyk zaczyna się robić ciekawie. Postmodernistycznie połączone motta z Króla Ducha Słowackiego i piosenki Reni Jusis to znamienny znak czasów. Nie ma świętych krów. Słowacki bredzi podobnie jak gwiazdka popu. A może oboje są ważnym wkładem w kulturę. Nie wiem, ale mistyczne wizje naszego wieszcza niespecjalnie mnie przekonują, ale dobrze wyrażają to, co dzieje się w pierwszym opowiadaniu. Co jest nie tylko dla tego tekstu charakterystyczne, to fakt, że Orbitowski, pisarz młody, jeszcze przed czterdziestką, lubi starych narratorów. Niczym główna postać Popiela Armeńczyka, wspominająca tajemnicze wydarzenia z roku 1939, gdy wydawało się jeszcze Polakom, że będą mogli z ojczyzny Fryca przepędzić. Albo jak ojciec narratora tytułowego, chyba najlepszego z całego tomu, opowiadania. I to on, a nie główny opowiadacz, nota bene również niemłody, staje się najważniejszą figurą tekstu. Stary ubek, jedną nogą znajdujący się w grobie to osiedlowy dziadek – kombatant, których z każdym rokiem coraz mniej, walczący z Niemcami w czasie ostatniej wojny, a potem wchodzący, niczym nóż w masło, w tryby nowego systemu. Nadchodzi to tekst o niepogodzeniu się z losem, opowiadanie o życiu w cieniu wyjątkowo podłej przeszłości, a antypatyczna postać byłego ubola potęguje nieprzyjemne wrażenia, których doznajemy podczas lektury.

Orbitowski sprawnie porusza się w gąszczu własnych opowieści, przy czym pisze czujnie, trzymając rzeczywistość za puls, za jaja. Nie od dziś uważam, że to fantaści, traktowani przez mądrali z wydziałów polonistyki, za niedobrych pisarzy, są w tym lepsi niż tak zwani głównonurtowcy. Bo aby pisać dobrą fantastykę, trzeba stać dwiema nogami na ziemi. Taki paradoks, taka sytuacja. Halucynacje i proszki zostawmy przemądrzałym lalusiom w szaliczkach. Kolejnym paradoksem jest fakt, że Orbitowski, którego pióro poznałem najpierw w metalowych zinach, to agnostyk, ale nieatakujący Kościoła katolickiego. Co więcej, w tle jego tekstów widać te budynki i czuć oddech tej instytucji. I można pisać o tym bez podśmiechujek, co również jest przewiną wielu naszych literatów. Po takiego Dehnela nie sięgnę, bo zniesmaczył mnie facet swoimi żarcikami ze Smoleńska. Nie bardzo więc interesuje mnie fakt, co ma do powiedzenia ów elegancik.

Snuje więc Orbitowski swoje narracje, a że fabuła tych tekstów niejednokrotnie jest dziwna, czyta się je więc z zainteresowaniem. I tylko zostaje pytanie, co jest tutaj bardziej wartościowe, umiejętnie kreowana atmosfera niesamowitości i osaczenia, czy obyczajowe wtręty opisywane ze znawstwem i będące rezultatem dobrego nosa. Zgryźliwe komentarze pod kątem zniewieściałego rodu męskiego w Popielu Armeńczyku, smutne konstatacje dotyczące wolnych związków bez zobowiązań w najbardziej psychodelicznym opowiadaniu Strzeż się gwiazd, w dymie się kryj, lub różne złamane i zakłamane typy niczym polonista Wawryk z Cichego domu – to wszystko wynika raczej z celnych obserwacji współczesnego życia, niż z klasyki grozy. Ta amerykańska oparta jest na własnych założeniach, polska niechaj polską pozostanie. Bo gdzie, jak nie w Polsce można spotkać bohaterów tak przeciętnych, bezbarwnych, że aż ciekawych? Kolejny paradoks. Kłania się mały realizm: pijaczkowie Nowakowskiego, neurotycy Iredyńskiego, może jeszcze robociarscy okrutnicy Madeja.

Nawet loty w kosmos, jak w Zatoce Tęczy, owiane są słowiańską melancholią i naszą, a może już rosyjską niedbałością. Tekst ten, jako jedyny, wychodzi poza Ziemię i najmocniej porusza tematykę metafizyczną. Jednak jest ona najsłabszą częścią i tego opowiadania, i całej książki. Jak jest z tym Bogiem? Czy istnieje życie po śmierci? To wszystko pytania ważne i, nie oszukujmy się, odpowiedzi na nie nie zostaną nam udzielone, ale pomysł, jaki wykorzystał Orbitowski, nie przekonuje mnie, chociaż utwór jest interesujący, gdy akcja pozostaje na naszej planecie. Powyżej zaczynają się księżycowe mielizny.

Co więc z tą grozą? Ta czai się w jesiennych lasach, w czasie potyczek i bitew II wojny. W umyśle Popiela Armeńczyka, w szpitalnych korytarzach, w których swoje gabinety mają lekarze o groteskowych nazwiskach. W lesie, gdzie zakrzywia się przestrzeń i skąd nie można uciec. W pociągu, do którego wsiada tajemniczy pasażer, zabity kilka dni temu na szosie. Ale przede wszystkim kryje się ona w zakamarkach umysłu, który boi się śmierci. Ta zaś zbiera swoje żniwo owocnie, podobnie jak jej kuzynka – szaleństwo. Czym są wędrujące domy, martwe anioły, niekończące się puszcze? Wytworem obłędu, a może to one same ten obłęd powodują? Wiemy jedno, to nadchodzi. Czy odważymy się z tym zmierzyć?

Łukasz Orbitowski, Nadchodzi, wyd. Literackie, Kraków 2010, ss. 401.

Biorę udział w wyzwaniu "Polacy nie gęsi".
Królobójstwo zawsze jest traumą. Nawet w przypadku, gdy władca sprawuje swe rządy w iście tyrański sposób. Dyktator Rumunii Nicolae Ceauşescu, nazywany Słońcem Karpat i najgenialniejszym przedstawicielem narodu rumuńskiego, będącego połączeniem żywiołu Daków i Rzymian, został – wraz z małżonką Eleną – zabity po błyskawicznym procesie w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia 1989 roku. Katharsis nie zostało osiągnięte, wręcz przeciwnie, niczym po mordzie założycielskim burżuazyjnej Francji wieku XVIII, naród został poturbowany i złożywszy w grobie swoje groteskowe małżeństwo Makbetów, zapadł w postkomunistyczny letarg. Trudno o bardziej pesymistyczną diagnozę, ale na przykładzie Rumunii widać całą złożoność i – niestety – fałsz transformacji ustrojowej.

Nie wiem, czy autorka „Bukaresztu” zgodziłaby się z powyższą historiograficzną interpretacją, ale da się ten smutek dziejów wyczytać z kart jej książki. Debiutująca na polu reportażu Małgorzata Rejmer skonstruowała swój tekst z pozornie niepasujących do siebie, drobnych fragmentów, w których przeszłość, ta międzywojenna i komunistyczna, składa się z teraźniejszością w patchworkowy panoptikon. Rumunia jawi się w niej jako kraj okaleczony, dogięty do ziemi, najpierw flirtem z nazistami, a potem kilkudziesięcioma latami komunizmu w najbardziej radykalnej odmianie. Ceauşescu zapatrzył się w Koreę Północną, idąc za jej wzorem, postanowił urządzić Rumunom podobny eksperyment. – Jaka jest różnica między Auschwitz a Rumunią? – pytali mieszkańcy Bukaresztu. – W Auschwitz był gaz – brzmiała prawidłowa odpowiedź. Im okrutniejszy system, tym czarniejszy humor? Może tak, ale autorka próbuje dotknąć charakteru narodowego mieszkańców Rumunii, sięgając głębiej niż do drugiej połowy wieku XX. Fataliści, katastrofiści z tendencją do makabry, których komedie zamiast śmieszyć zmuszają do skrzywienia ust w grymasie niesmaku. Jak widać, nie tylko Skandynawowie kręcą smutne komedie i dramatyczne aż do przegięcia dramaty.

Przeciętnemu zjadaczowi chleba Rumunia kojarzy się z Cyganami i Drakulą. Z tym pierwszym mitem nie zamierzam polemizować, dla w miarę inteligentnego człowieka jasnym jest, że Rom i Rumun to dwie zupełnie inne nacje. O tych pierwszych można posłuchać u Braci Figo Fagot. Natomiast Drakula to nikt inny, jak Vlad Palownik, okrutny hospodar wołoski znany z upodobania do nabijania na pal swoich przeciwników politycznych. Jeśli istnieje coś takiego, jak spójny charakter narodowy poszczególnych nacji, to w przypadku Rumunów da się jego cechy zauważyć właśnie w postaci tego ponurego bohatera historycznego, który zainspirował Brama Stokera do napisania klasycznej powieści gotyckiej o wampirze o diabelskim imieniu. Bo Dracul to w języku rumuńskim diabeł. Grecki drakon to również smok. Nie Eragon, tylko ten z Apokalipsy św. Jana. Współczesna bestia Rumunii to wspomniany już Nicolae Ceauşescu – szewc z Scorniceşti, mało błyskotliwa, przeciętna miernota, która wiedząc, gdzie i jak się przyczaić, przejęła w 1965 pełnię władzy. Jak żył, tak umarł, z rozchlapanym mózgiem pod murem w Târgovişte. I mogła bardzo chcieć Joanna Szczepkowska, mogła dziesięć razy powtarzać, że komunizm się skończył. Ion Iliescu, który objął władzę po krwawym szewcu, również był członkiem Rumuńskiej Partii Robotniczej. I całą rewolucję szlag trafił. To, co ukryło się w ładnych opakowaniach w III RP, w Rumunii leżało na wierzchu.

Smutny to kraj, o którym pisze Małgorzata Rejmer. Smutni ludzie, niczym wraki z przetrąconym kręgosłupem. I jeśli oznaką dżumy są tysiące szczurów wyłażących na ulice miast, w stolicy Rumunii ich miejsce zajmują bezdomne psy. Chude, chore na wściekliznę, niekiedy dokarmiane, nierzadko żyjące w symbiozie z mieszkańcami ponurych, betonowych osiedli, ale częściej niebezpieczne, atakujące przechodniów. Czasem śmiertelnie raniące lub rozszarpujące swoje ofiary. Co symbolizują? Autorka nie odpowie, ja także nie, ale ich widok jest znamienny. Psy w Bukareszcie są wszechobecne, podobnie jak brzydota. Nazywana Paryżem wschodu rumuńska stolica napisana jest chaosem. Chaosem, który składa się z wielu warstw. Chaosem, który niczym palimpsest z odrapaną farbą odsłania przed nami kolejne warstwy, wydawałoby się, że zupełnie zapomniane. Lecz niektórych elementów Bukaresztu nie da się odtworzyć. Na przykład starej dzielnicy Uranos, która została zburzona przez Słońce Karpat po to, aby na jej miejscu wybudować Dom Ludu, budynek administracyjny, o którym mówią, że jego wielkość przewyższa jedynie Pentagon. Z chińskim rozmachem godnym maoistowskiej rewolucji kulturalnej zrównano z ziemią kilkanaście kościołów różnych wyznań, kilka szpitali i całą masę zabytkowych, dziewiętnastowiecznych willi. Było w tym coś azjatyckiego z jednej, a diabelskiego z drugiej strony. Tepesowskiego.

Ten międzywojenny Bukareszt również jest intrygujący. To tygiel, w którym gotuje się nowy człowiek, żelazny Übermensch. Autorka zaledwie sygnalizuje tę tematykę, opisaną dokładniej i bardziej dobitnie przez Dašę Drndić w „Sonnenschein”. Są tu dziarscy chłopcy z Legionu Michała Archanioła i dokonywane przez nich pogromy ludności żydowskiej, w tym jeden najbardziej zwichrowany i chory, w rzeźni. Okrucieństwo w czystej postaci. Jest również, ale już po wojnie, osławione więzienie w Piteşti, o którym także wspomina wymieniona wyżej chorwacka pisarka. Nasze ubeckie katownie wydają się przy nim bardzo mało wyrafinowanymi, wręcz prostackimi miejscami. Dopiero w Rumunii tortury zyskały wyższy poziom wirtuozerii. Czyżby znów budził się duch Vlada Palownika? A może to już Drakul?

I może powie ktoś, że Małgorzata Rejmer napisała książkę jednostronną, w której optymizmu jest niewiele. Może paru czytelników odłoży reportaż autorki na półkę, spodziewając się opisów zabytków czy bardziej zobiektywizowanej narracji. Te obrazki zebrane pod wspólnym tytułem „Bukareszt: Kurz i krew” nie mają usypiać ani nie są łatwą lekturą. One jątrzą i zmuszają do niełatwej refleksji nad nami samymi. W końcu ludzie ludziom gotują taki los, nie piekielne stwory z dantejskiej krainy wyobraźni.

Małgorzata Rejmer, Bukareszt: Kurz i krew, wyd. Czarne, Wołowiec 2013, ss. 269.

Biorę udział w wyzwaniu "Polacy nie gęsi".


Zeszłej zimy termometry w naszym kraju pokazały minus dwadzieścia, góra minus trzydzieści stopni Celsjusza. Śnieg leżał od grudnia do początku kwietnia, biały puch przykrywał grunt nawet na święta Wielkiej Nocy. Narzekało się na tę srogą porę roku, przeklinając wszystko, co białe i leci z nieba. Wypatrywało się dodatnich temperatur niczym kania dżdżu. Kilka tysięcy kilometrów na północny wschód, na nieprzyjaznej, nazwanej przez Czapskiego nieludzką, ziemi, taka zima byłaby niezwykle łagodna. Tam, gdzie śniegi zaczynają się już we wrześniu i trwają do końca kwietnia, gdzie wieczna zmarzlina każe budować bloki mieszkalne na palach, nie ma oddechu od Zimnej Królowej. Temperatura spada nawet do ponad minus pięćdziesięciu stopni i przenika w głąb kości. „Jakuck” Michała Książka to przywitanie z zimnem, wędrówka do miasta, które przez kilka najsroższych tygodni zimy zasnute jest widmową mgłą, niczym z klasyki horroru.

W końcówce wieku XIX, na fali rosyjskich prześladowań, na Syberię trafił artysta, pisarz, mimowolny podróżnik, Wacław Sieroszewski. Po ponad stu latach jego śladem wyrusza Michał Książek i spędza w Jakucku ponad trzy zimy. Wystarczającą liczbę, aby rzetelnie opisać to, co widział i czego doświadczył. Czytając jego na poły reporterską, na poły eseistyczną opowieść, nie mam wrażenia, że jest ona powierzchowna. To nie głupkowaty „Ruski ekstrem” Borisa Reitschustera, ani płytka, pisana z poczuciem wyższości „Czarnobyl Baby” Merle Hilbk. Niemcy o Rosji pisać nie umieją. Polacy robią to dobrze, przynajmniej ci, których czytałem. Zresztą, czy „Jakuck” jest książką o Rosji? W sensie administracyjnym zapewne tak, ale w znaczeniu ludzkim odpowiedź nie jest już tak jednoznaczna. Te kilkaset stron to historie Jakutów i jakutów – mieszkańców Jakucji i społeczeństwa Jakucka. Pisał też o nich Jacek Hugo – Bader w „Białej gorączce”, pozycji już prawie klasycznej dla miłośników literatury faktu i wszystkiego, co na wschód od Buga. Od prozy Hugo – Badera odróżnia książkę Książka fakt, że jest ona bardziej stonowana, nie roi się od ekscentrycznych ludzkich typów, a reporter nie opisuje w niej oka cyklonu stworzonego z dziwnych sytuacji, w które akurat się zaplątał. Są tu również szamani, niczym z „Dzienników kołymskich” tego samego autora, ale schowani. Nie grają pierwszych skrzypiec, nie poznajemy ich życiorysów byłych partyjniaków czy urzędników, którzy odkryli animizm. Widzimy, że są i to nam wystarczy.

Nie ludzie są głównymi bohaterami „Jakucka”. Czasami szkoda, szczególnie gdy uświadomimy sobie, jacy potrafią być ciekawi. Tysiące kilometrów na wschód, na zimnych, syberyjskich połaciach nieprzyjaznej azjatyckiej ziemi mieszkają bohaterowie, których odsłania przed nami Hugo – Bader. Książek zaś ponownie rysuje swój szkic w wyciszony, wycofany sposób. Ludzie są, jako grupa, ale pojedynczych losów dzisiejszych tubylców nie poznajemy. Cofamy się w przeszłość i rozmawiamy z Sieroszewskim albo z Edwardem Piekarskim, drugim z największych polskich badaczy Syberii. Dwa tysiące kilometrów na wschód (wydaje się, że rozciąga się on w nieskończoność) leży Magadan, stacja wysyłkowa zeków na Kołymę. Przez Jakuck płynie Lena, rzeka, która dała pseudonim jednemu z największych zbrodniarzy w dziejach ludzkości – Włodzimierzowi Iljiczowi Uljanowowi – Leninowi. Bo Syberia to kraina zesłańców. Tu siedzieli i rzeczeni badacze i komunistyczni łajdacy.

Prawdziwym bohaterem książki jest mróz. Niewyobrażalne zimno, które przenika do szpiku kości; w tej sytuacji mała dziurka w rękawicy potrafi przysporzyć dużego cierpienia. Przy minus czterdziestu stopniach plwocina zamarza w locie, a o sikaniu w plenerze można jedynie pomarzyć. Książek opisuje zresztą, nie szczędząc obrazowych porównań, swoją drogę przez mękę, gdy nie mógł przez kilka godzin ulżyć sobie i  spełnić fizjologiczną potrzebę. Przy minus pięćdziesięciu pięciu stopniach więźniowie w łagrach przerywali pracę. Takie mrozy nie są w Jakucku rzadkością. Opisy zimna stanowią duży walor tej pozycji. Kto nie był zimą na Syberii, nie wyobrazi sobie, jak wielką niedogodnością jest w tamtych rejonach ta pora roku. Skrajnie nieprzyjazne warunki, potęgowane jeszcze przez gęstą jak mleko mgłę, utrzymującą się przez kilka najciemniejszych tygodni, potrafią zebrać prawdziwe krwawe żniwo. Autor opisuje sytuację, gdy z nastaniem wiosny zdziwiony zauważył obecność niektórych budynków, o których zdążył już zapomnieć. Znikające budynki po zimie powracają, natomiast kilkaset osób rocznie ginie bez śladu. Umierają zamarznięci, przysypani przez purgę, śnieżną burzę, a właściwie nawałnicę. Corocznie samobójstwo popełnia pół setki dzieci. Odchodzą, zapomniane przez własne rodziny, wielokrotnie przepiłowane na pół i scalane metodą patchworkową.

Opisuje Książek kulturę Jakutów, jej podstaw szukając w języku. Stąd pomysł na słownik języka, który niczym w sylwie, co rusz wypływa obok opisywanych historii. W mowie widać osobowość narodu, można zobaczyć w niej jego korzenie. Nie tylko Jakuci zamieszkują opisywane przez autora tereny. Są i Czukczowie, pojawiają się Ewenowie i Ewenkowie, migają Nieńcy. Siedemdziesiąt kilka lat komunizmu, niczym purga, nadwyrężyła nader mocno filar kultury ludów Syberii. Wierzenia religijne są rekonstruowane po latach, starzy bogowie odeszli, jedni na chwilę, drudzy na dobre. Na ich miejsce powstają nowe, hybrydowe istoty. A stolicy Jakucji, straszą dwa diabły: Lenin i Dzierżyński. Te dwa monstra mają swoje ulice. Ot, historyczna schizofrenia Rosji, w której z jednej strony cerkiew, z drugiej pomnik wodza rewolucji.

Rosyjskość w takich momentach wychodzi z „Jakucka”. I widać ją w bylejakości opisywanych miejsc. W zniszczonych kołchozach, chaotycznie działającej komunikacji miejskiej, czapkach uszankach. Duch Putina nie pojawia się tutaj zbyt często. Bo Rosjanie o Syberii zapominają. Opuszczają ją, zostawiając puste miejsca dla tubylców i Chińczyków, którzy chętnie skolonizują ten surowy obszar. Na razie zapamiętał ją Michał Książek, a my możemy razem z nim udać się w podróż śladami Sieroszewskiego i tropami dzisiejszych Jakutów, ludzi o małych nosach żyjących na dalekiej Północy i wbrew logice stawiających czoła ekstremalnym warunkom klimatycznym.

Michał Książek, Jakuck, wyd. Czarne, Wołowiec 2013, ss. 247.

Biorę udział w wyzwaniu "Polacy nie gęsi".
Nie było Maybacha. Redaktorzy „Gazety Wyborczej” Piotr Głuchowski i Jacek Hołub obalają mit posiadania przez Ojca Tadeusza Rydzyka tego luksusowego samochodu. Właśnie ukazała się pierwsza biografia charyzmatycznego zakonnika, który wzbudza tyle samo kontrowersji, co bezkrytycznego uwielbienia. Jedni mówią o Kościele toruńskim – obskuranckim i ksenofobicznym, inni bronią Okopów Świętej Trójcy, twierdząc, że to oni są prawdziwymi katolikami. Do kogo należy prawda? Jak to prawda, leży sobie ona pośrodku, nie narzucając się i z nachalnością nie wchodząc z butami do domu. Wystarczy tylko zmienić perspektywę, schylić się, aby po nią sięgnąć. Zimna wojna między imperiami Adama Michnika i Tadeusza Rydzyka jest faktem. „Imperator” z pewnością nie przekona adwersarzy „Wyborczej”, o czym świadczy recenzja opublikowana przez Jolantę Tomczak w „Naszym Dzienniku”. Z drugiej jednak strony zaskakującą opinię wydał na portalu Fronda.pl i w tygodniku „Do Rzeczy” Tomasz Terlikowski. Ten – według niektórych oponentów – katotalib docenił pozycję za obiektywizm.

Z jaką książką mamy więc do czynienia? Z jadowitą sztampą, jak chce redaktor Tomczak, czy z kawałem dobrej roboty, jak sugeruje naczelny Fronda.pl? Osobiście nie mam wątpliwości, chociaż ani „Nasz Dziennik” ani Fronda.pl nie stanowią bliskich mi mediów. „Wyborcza” tym bardziej, doceniam jednak kunszt piszących w niej reporterów, i „Duży Format”, który ideologicznie jest mi obcy, studiuję z niekłamaną przyjemnością. Sądzę, że Hołubowi i Głuchowskiemu udało się stworzyć profesjonalną, zobiektywizowaną biografię człowieka, który budził i będzie budzić różnorakie kontrowersje. Nie ma sensu przytaczać ich wszystkich w tym miejscu, bo powinny być one doskonale znane tym, którzy śledzą rozwój mediów toruńskich. Zagadkowy pobyt w Niemczech pod koniec lat 80., sprawa zbierania cegiełek na Stocznię Gdańską, czy przeszłość Jana Kobylańskiego, admiratora i hojnego sponsora dzieł O. Rydzyka to sprawy wciąż nierozwikłane, czekające na światło, które je opromieni. Redaktorzy, naturalnie, poświęcają swoją uwagę tym spornym kwestiom, ale niczego nowego, ponad to, co wiemy, nie wyciągają na wierzch. Łowcy sensacji będą tym faktem rozczarowani, ale oni mają swoje „Nie” oraz „Fakty i mity”. Mają również spiskowe teorie i niech zostaną przy łapczywym karmieniu się naciąganymi bzdurami z „Zeitgeistu”. Obiektywizm tej książki każe jej autorom pytać o tajemnicze białe plamy w życiu redemptorysty, ale ten sam obiektywizm każe zamilczeć w momencie, gdy nie sposób dojść do prawdy. Spekulacji się nie spodziewajmy.

Z tego właśnie powodu nie ma mowy o Maybachu. Nie ma jeszcze rzekomych rosyjskich konszachtów dyrektora Radia Maryja, które miały spowodować wykupienie częstotliwości od naszego wschodniego prawie-sąsiada. Rzeczywistość jest banalna, były one najtańsze. Znika również mit o żarłocznym Rydzyku – biznesmenie. Niektórzy te demitologizujące informacje skomentują znaną maksymą mówiącą o tym, że dla faktów gorzej, gdy nie zgadzają się one z obiegową opinią. Cóż, trzeba otrzeć antyklerykalne łzy i przełknąć tę żabę uświadamiając sobie, że nie wszystko jest tym, czym być się wydaje. Nie każdy mężczyzna w czarnej sukience jest łasy na pieniądze dla własnych korzyści. Niektórzy czują misję. I ta misja została w „Imperatorze” przedstawiona, przyznać trzeba, uczciwie. Misja stworzenia katolickiego radia o zasięgu ogólnopolskim, co nie udało się episkopatowi. Misja zorganizowania katolickiej telewizji. Telefonia komórkowa, geotermia, wydawnictwo, uczelnia wyższa, fundacje, media, w końcu plany wybudowania kompleksu obejmującego świątynię (mury już stoją) i kompleksu sakralno – wypoczynkowego obejmującego między innymi aquapark.

O tym wszystkim Hołub i Głuchowski piszą bez ironii, z rosnącym podziwem wobec zmysłu organizatorskiego O. Tadeusza Rydzyka. A że poruszają sprawy dla kapłana niewygodne, to wynika przecież z obowiązku dziennikarskiej rzetelności. Żurnalista musi przedstawiać sporne kwestie, nawet wówczas, gdy dojście do prawdy jest trudne. Znam osobiście byłych pracowników mediów redemptorysty i wiem doskonale, co się mówi o tym człowieku. Autorzy również nie zatajają, że jest O. Rydzyk człowiekiem trudnym we współpracy, czasem aż za bardzo. Zresztą, by nie być gołosłowni, powołują się na wypowiedzi księdza, w których on sam widzi ten problem. Nie chciałbym czytać książki, która byłaby panegirykiem. Wystarczą mi dwa wywiady, które z toruńskim zakonnikiem przeprowadzili Jacek i Michał Karnowscy, najpierw w starym „Uważam Rze”, a potem w „Sieci”. Nawet wazelina i puc mają swoje granice. Obie rozmowy z redemptorystą przypominają okolicznościowe laurki, przerywane potakującymi stwierdzeniami kapłana. Smutne, gdyby tak miała wyglądać poważna biografia. Świętych krów mamy w Polsce zbyt wiele, zarówno na lewicy, jak i na prawicy. A media okopały się w ten sposób, że przerzucają się półprawdami i karmią swoich odbiorców ideologiczną, łatwą do przewidzenia papką. Wbrew temu dwóch redaktorów i reporterów „Gazety Wyborczej” potrafi wznieść się ponad uprzedzenia i skonstruować opowieść wolną od przesądów oraz mitów. Ciekawe, na ile odważyliby się na taki krok dziennikarze z „Naszego Dziennika”, przygotowując biografię Adama Michnika? 

Sugerując się samym tylko „Imperatorem”, można O. Rydzyka polubić, co jest najbardziej zaskakującym owocem tej lektury. Można docenić niemal sarmackie warcholstwo, którym emanuje opisywana postać. Tylko dziwne, że pani redaktor „Naszego Dziennika:” nie zauważyła, albo nie chciała zauważyć wielu pozytywnych i obiektywnych słów padających na kartach tej biografii. Biografii, która nie jest ani hagiograficznym rysem odpowiadającym na pytanie: dlaczego toruński zakonnik jest wielkim człowiekiem, ani paszkwilem stawiającym tezę o krwiożerczym klesze, którym straszy się dzieci. I w tym leży jej wartość. Kto ma uszy, niechaj słucha, mądremu dość.

Piotr Głuchowski, Jacek Hołub, Ojciec Tadeusz Rydzyk Imperator, wyd. Agora, Warszawa 2013, ss. 445.

Biorę udział w wyzwaniu "Polacy nie gęsi".
Minęło trzydzieści osiem lat od momentu, gdy Pier Paolo Passolini nakręcił kontrowersyjny i skandalizujący film „Salo, czyli 120 dni Sodomy”, będący adaptacją prozy skandalisty Markiza De Sade. Do tej pory w krajach takich jak Australia czy Finlandia obraz ten jest zakazany. W Wielkiej Brytanii oryginalne kopie filmu zostały przechwycone przez Scotland Yard. Z tego też państwa w 1787 roku wyruszył żaglowiec Jego Królewskiej Mości, ochrzczony imieniem Bounty. Marynarze płynący pod wodzą kapitana Williama Bligha wszczynają bunt, w wyniku którego wyrzucają dowództwo statku w szalupie na pełne morze. Sami dopływają do wybrzeży Tahiti, skąd porywają kilkunastu tubylców, aby finalnie zacumować przy bezludnej wyspie Pitcairn.

Ponad dwieście lat później dwóch hipsterów – studencików udaje się na daleką wyspę, gdzie pozuje do zdjęć w koszulkach Joy Division. Po tej snobistycznej wycieczce, wpisującej się w turystykę typu slow, którą uprawiają najczęściej modnisie chłepcący kawkę ze Starbucksa, chodzący w trampkach za pięćset złotych, dzielą się swoimi przemyśleniami na jednym z polskich portali. Czytamy, że Pitcairn to miejsce magiczne, będące końcem świata. Chłopcy mówią, że tubylcy to zupełnie normalni ludzie i planują nakręcić film o tej intrygującej wyspie. Zafascynowani Rousseau’owskim szlachetnym dzikusem młodzieńcy promują swoje przyszłe dzieło, pozują do zdjęć, wpisując się w wielowiekową arkadyjską fascynację pierwotnymi rajami. Kroczą po ziemi, która od wielu lat naznaczona jest ludzkim cierpieniem, ale wydaje się, że nic nie wiedzą o miejscu, do którego przypłynęli. Ot bananowa młodzież, żyjąca na adrenalinie i odmieniająca słowo „przygoda” przez wszystkie przypadki. Szkoda, że niedouczona.

Tak się złożyło, że na Pitcairn dopłynął również Marcin Wasielewski. Tylko, że jego podróż skutkuje zgoła innymi przemyśleniami niż wynurzenia dwóch podstarzałych nastolatków – filmowców. Wasielewski przed wyprawą dokonał kwerendy i wiedział, po co pakuje mandżur. Tajemnicza wyspa o powierzchni zaledwie 4,53 kilometrów kwadratowych, znajdująca się 5.5 tysiąca kilometrów od Ameryki Południowej i Nowej Zelandii, jest jednym z bardziej odizolowanych i zamieszkałych miejsc na świecie. Wyspa ta, licząca około pięćdziesięciu mieszkańców, w dużej mierze będących potomkami buntowników z osiemnastowiecznego okrętu, nie jest rajem, jak chcą obaj studenci, ale jawi się raczej jako jego odwrotność. Już sama geneza społeczności daje do myślenia. Zdemoralizowane jednostki, które podnoszą rękę na kapitana i porywają żaglowiec, a potem tubylców z Tahiti, stają się początkiem zamkniętej wspólnoty. W tym gronie skazanych na siebie ludzi za moment zacznie się dziać bardzo źle. Wystarczy uruchomić wyobraźnię. Zobaczyć stłoczone na małej wysepce postaci i wyciągnąć wnioski. Izolacja, wielkie odległości, mała przestrzeń, dzika natura. Powoli zrywają się więzi z cywilizacją, prawo zostało kilka tysięcy kilometrów stąd, ono ucieleśnia się w budynkach sądów i policyjnych mundurach. Te są daleko, bardzo daleko. Hulaj dusza, piekła nie ma, bo i diabeł już tu nie mówi dobranoc. Wyprowadził się na stały ląd. 

W przywołanym na początku filmie Passoliniego akcja zawiązuje się, gdy w czasie II wojny światowej czterech włoskich faszystów, z pomocą Niemców, porywa młode dziewczęta i chłopców po to, aby zamknąć ich w pałacu i tam deprawować. Na Pitcairn nikogo nie trzeba było uprowadzać. Ofiary same podchodziły pod nóż. Początkowo nieświadome tego, co będzie się działo, w późniejszym okresie musiały oddawać się zwyrodnialcom. Ich wiek nie miał w tym przypadku żadnego znaczenia. Koligacje rodzinne również, tym bardziej, że wszyscy mieszkańcy wyspy są ze sobą w jakimś stopniu spokrewnieni. Wasielewski dotarł do świadków tych drastycznych wydarzeń i wysłuchawszy ich nierzadko przerażających opowieści, napisał książkę, która boli niczym otwarta rana. Wsłuchując się w to, co mają do powiedzenia ofiary wielokrotnych gwałtów, będące spokrewnione ze swoimi oprawcami, zaczynamy odczuwać własną bezsilność. Co prawda, nie taką, jaką czuły te młode dziewczyny, wiedzące, że i tak nie mają szans na jakąkolwiek ucieczkę ani sprawiedliwość. Na Pitcairn Temida jest ślepa.

Nie wszyscy chcieli mówić. Dla niektórych wspomnienia te są zbyt bolesne, aby je uzewnętrzniać. Nie wszyscy mają interes, aby opowiadać ze szczegółami o tym, co się wydarzyło. Jedni, bojąc się, bo przecież reporter odpłynie, a oni pozostaną, narażeni na szykany, własną śmierć, lub pohańbienie córek (jeśli te posiadają). Drudzy, kryjąc przestępców, albo sami mając coś wspólnego z ich ohydnymi czynami. „Jutro przypłynie królowa” to również książka o władzy. Małą, zamkniętą społecznością wyspy rządzi burmistrz, ale tak naprawdę jej kierownictwo zamyka się w rękach Chłopców, jak mieszkańcy nazywają gwałcicieli. Mamy więc dwa ośrodki władzy: oficjalny i nieoficjalny. Który jest ważniejszy? 

Spoglądam na oficjalną stronę wyspy, będącą częścią Zjednoczonego Królestwa. Czytam historię Pitcairn i nie znajduję żadnego słowa na temat gwałtów. Jedyne zdjęcie, na którym widać mieszkańców wyspy, przedstawia zbiór uśmiechniętych, pogodnych, ale nieco surowych twarzy. Które z nich mają na sumieniu zbrodnie? Które były ofiarami Chłopców? Nie sposób tego odgadnąć. Oglądam krótkie filmiki promujące lokalne rzemiosło. Na wyspie produkuje się miód, wytwarza się rękodzieło. Płynie tam codzienne życie. Tylko, że gdyby nie dociekliwość i wiedza Macieja Wasielewskiego, może nie poznalibyśmy mrocznego oblicza tego miejsca. Małe, zamknięte wspólnoty mają swoje tajemnice. Myślę, że nie wszystkie z nich zostały ujawnione. Jednak to, co pojawiło się w tej książce, i tak poraża. Modni chłopcy – podróżnicy mogą sobie nakręcić nawet dziesięć filmów o Pitcairn. Będą to pocztówki z raju na końcu świata. Reportaż Wasielewskiego jest relacją z piekła. Która wizja jest bliższa prawdy, musicie ocenić sami.

Maciej Wasielewski, Jutro przypłynie królowa, wyd. Czarne, Wołowiec 2013, ss. 164.

Biorę udział w wyzwaniu "Polacy nie gęsi".



Takiej książki na polskim rynku jeszcze nie było. Mowa o wywiadzie – rzece przeprowadzonym z byłym policjantem, Dariuszem Lorantym. Na okładce główny bohater opowieści. Faja w ręce, wóda na stole i przenikliwe spojrzenie psa gończego. Loranty nierzadko nazywa siebie psem. Węszył, niejednokrotnie w miejscach, gdzie zwykły śmiertelnik, w tym każde dziecko JP, narobiłby w porcięta. Szczekał na przestępców, ujadał na system, w którym przyszło mu pracować. Tylko z wiernością miał problem. Kilka żon o tym świadczy. Ale to wpisane w pieski świat psa. Jeżeli policyjną rzeczywistość znacie z „Kryminalnych”, a nie kojarzycie „Pitbulla”, zdziwicie się, jak on wygląda. Jeśli słuchacie Firmy i krzyczycie JP, mam dla was propozycję. Zajrzyjcie za odrapane mury komend i w umysł Lorantego, może czarno – biała, romantyczna wizja świata, w której ludzie zasad walczą ze znienawidzoną psiarnią, nabierze kilku odcieni szarości.

Późna to była miłość. Loranty nie poszedł do policji jako nieopierzony jeszcze nie dorosły, a już nie nastolatek. Wcześniej były próby handlarskich biznesów, jak to często bywało w latach 90. Kilka prób, niespecjalnie udanych, i trzeba było zwijać interes. Nie była to już epoka romantycznych kapitalistów rodem z „Lalki”, a prędzej twarda rzeczywistość „Ziemi obiecanej”. Milicja stała się policją, towarzysz partyjny został socjaldemokratą, w kościele pojawiać się zaczęli dawno niewidziani goście. Z tym, że niebiescy w lwiej większości zostali antyklerykałami czytającymi „Nie”. Główna postać wywiadu pozostała jednak zawsze, może trochę i na przekór, wierna Kościołowi katolickiemu i prawicy. Co, jak się łatwo domyśleć, z początku było obiektem kpin i żartów. Te jednak dość szybko się skończyły, bo Loranty psem był skutecznym.

Dobrze się czyta tę spowiedź. Indagowany odpowiada, snując gawędziarskie opowieści. Nie zatrzymuje się na jednym zdaniu, a raczej ma potrzebę wypowiedzenia litanii swoich gorzkich żali, ale i podzielić się chce tym, co dla zwykłego przechodnia niezauważalne. Kto widział „Psy”, może z grubsza spodziewać się, w jakim stylu będzie to historia. A w tej nie brakuje brutalności, jednej z wizytówek firmy, jak sami policjanci określają miejsce swojej pracy. Jeśli stykasz się ze złem, możesz się nim zarazić – mówi banalna prawda. A jeżeli walczysz z nim, używając zasady mimikry, pewne jest, że za czas jakiś niektórzy będą mylić cię z przestępcą. To także banalne, ale warte przypomnienia każdemu, komu marzy się praca w policji. I pewnie, że można nosić bluzę z logiem JP, słuchać kawałków Firmy i pluć jadem na konfidentów. Na tym polega wolność. Natomiast, gdy człowiek dojrzeje, uzna, że instytucji tej kochać nie musi, ale musi uznać konieczność jej istnienia. I mówią to sami raperzy, którzy przez małolatów kojarzeni są z radykalną, antypolicyjną postawą w swoich tekstach. Zło, z którym walczy się, ścigając przestępców, wchodząc z nimi w śliskie konszachty, choćby po to, aby uzyskać więcej cennych informacji, oblepia człowieka i ingeruje w jego prywatność. Pracując w biurze, człowiek po godzinie 15.00 zostawia swoje zajęcie za drzwiami urzędu. Idzie do domu i najwyżej powścieka się na szefa, albo obgada głupią koleżankę z pokoju. W policji tak się nie da. Nie zamkniesz szczelnie drzwi oddzielających cię od roboty. Mniejsza, czy większa, szczelina pozostanie, trucizna i tak się wysączy. Jeśli wywiozłeś młodego podejrzanego do lasu, tam sterroryzowałeś go bronią tak, że zmoczył się w spodnie, jeśli stłukłeś w czasie przesłuchania wyjątkowo opornego bandytę, śmiejącego się tobie w twarz, czy możesz spokojnie przytulić żonę, włączyć sobie relaksujący film i uznać, że nic się nie stało? Jeśli na miejscu Lorantego znalazłby się niemiecki psychopata, taki, jakim był komendant obozu w Auschwitz, Rudolf Höss, pewnie tak by się właśnie stało. Natomiast zdrowy człowiek zacznie odreagowywać trudne sytuacje, najczęściej odgrywając się na najbliższych, lub zbyt wiele pijąc.

To wcale nie jest romantyczna wizja. Nie ma tu miejsca na samotnych, walczących z systemem wojowników jak Eastwoodowski Harry Callahan, który w rezultacie i tak zwycięży. W rzeczywistej, niepochodzącej z filmowej krainy snów policji można przegrać z małostkowym szefem, można wylecieć na boczny tor, będąc pionkiem rozgrywanym przez wyżej postawionych. To też frustruje, przeszkadza normalnie żyć. Bo policja to pewne wtajemniczenie, po którym nic nie zostaje już takie samo. Nabywa się specyficznych odruchów, widzi się więcej zła, niż jest go naprawdę. Niczym gąbka absorbuje wodę, człowiek w niebieskim mundurze wsysa w siebie cynizm, podejrzliwość, pospolite chamstwo, brutalność. Łatwo wtedy ulec panświnistycznej wizji świata, w myśl której wszyscy są ubabrani w błocie. Pojawia się pytanie, po co walczyć z tą Hydrą, skoro ucięta głowa momentalnie odrasta, a w dodatku pojawiają się nowe. Rodzi się pokusa przejścia na drugą stronę, a tam drzwi są cały czas otwarte, co więcej, granica między dobrem a złem coraz bardziej się rozmywa. Loranty wspomina historię policjanta, który stał się pierwowzorem Despera, jednego z głównych bohaterów „Pitbulla”, świetnie odegranego przez Marcina Dorocińskiego. To jeden z wielu przykładów pokazujących, że łatwo się utytłać.

Zaglądamy więc za niebieską kotarę i widzimy specyficzny świat. Rzeczywistość ta jest szorstka, brutalna, ale również pełna ciekawych opowieści. O policjantach i złodziejach, ale też o tym, jak niewiele dzieli jednego od drugiego. O tym, jak można spaprać sobie życie osobiste, ale też o tym, jak można się podnieść z syfu. O tym, że można pozostać niepokornym do końca, o tym, że można walczyć z systemem, nie krzycząc naiwne hasła o legalizacji marihuany i zakładając klubowy szalik, ale podejmując trudne decyzje zawodowe. W końcu Dariusz Loranty, pracując w tej specyficznej instytucji, mógł z czystym sumieniem mówić: JP na 100%. Jestem policjantem na sto procent.

Dariusz Loranty, Spowiedź psa: Brutalna prawda o polskiej policji, rozm. A. Majewski, wyd. Fronda, Warszawa 2013, ss. 248.

Biorę udział w wyzwaniu "Polacy nie gęsi".



Telewizja kłamie – tak mówiono kiedyś, gdy w latach 80. istniały jedynie dwa programy, a z każdego z nich wylewała się partyjna, komunistyczna propaganda. Rzecznik prasowy z wielkimi uszami irytował wszystkich myślących obywateli PRL, a Dziennika Telewizyjnego nie dało rady oglądać. Takie to było przaśne, że patrząc dziś na archiwalne audycje Telewizji Polskiej dziwimy się, jak mogły one mieć taką siłę rażenia, aby manipulować społeczeństwem. Minęło dwadzieścia kilka lat i w większości polskich domów mamy dostęp przynajmniej do kilkudziesięciu programów. W porównaniu do zgrzebnej poetyki obrazu telewizyjnego późnej komuny dzisiejsze możliwości wydają się nieograniczone. Przepaść, jaka dzieli wczoraj i teraz, jest ogromna. Wnioskując, słusznie zauważyć trzeba, że zwiększyła się również siła oddziaływania telewizji.

I am a box, I am a screen
I'm every nightmare, I'm every dream
I am the window over your land
so turn me on, come take my hand

Telewizja ogłupia – tak stwierdza Michel Desmurget, autor omawianej książki. Ten uczony, francuski doktor neurobiologii postawił dość radykalną tezę. Według niego telewizja szkodzi i nie ma różnicy, kto ją ogląda. Dzieci, młodzież, dorośli, w końcu osoby starsze – wszyscy ulegają szkodliwym wpływom ruchomych obrazków. Badacz zdaje sobie sprawę z tego, że wkłada kij w mrowisko. Wie, że jego zdanie z pewnością zostanie oprotestowane przez psychologów chodzących na smyczy różnych stacji, czy specjalistów pracujących dla koncernów medialnych. On ma to gdzieś. Zbyt wiele można stracić, oglądając telewizję – mówi. Co najlepiej zrobić? Przestać oglądać. Proste, prawda? W dokumencie Andrzeja Wójcika i Evana Jonesa-Morrisa  „Brand New World”  znajduje na końcu symboliczna scena. Film ten, mówiący o przepowiedzianej przez Aldousa Huxleya w „Nowym wspaniałym świecie” globalnej hedonistycznej manipulacji, kończy się rozbiciem kineskopu młotkiem. Desmurget z pewnością ucieszyłby się na taki obrót rzeczy w jak największej liczbie gospodarstw domowych.

I offer you scandal, I offer a wealth
of gratuitous violence, hazardous to your health
I give the vision, of how life should be
I choose your heroes, come follow me

Skoro fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów – rzekł guru lewicowej filozofii Hegel. Fakty przedstawione w „Teleogłupianiu” z pewnością nie będą wygodne dla rodziców sadzających dzieci przed pudłem (w ostatnich latach już prawie płaskim), dla miłośników szklanego ekranu, czy pracowników telewizji. Jesteście zbędni – zdaje się mówić autor tym ostatnim. Polskie książki wychodzące z krytyką w stronę mediów mają dwie zasadnicze cechy: są albo radykalnie lewicowe, albo skrajnie katolickie. Po drugie, pisane są bez poczucia humoru i niezwykle ciężko. Desmurget uniknął tych dwóch grzechów. Polityki w jego opracowaniu nie ma, zaś cały wywód skrzy się od anegdot i napisany jest lekkim piórem. I tak, oprócz grozy ziejącej z faktów dotyczących intelektualnej mizerii francuskich i amerykańskich nastolatków (te polskie niech się tak nie cieszą, że na Zachodzie same głupki, ta choroba doszła również do Polski), można zauważyć również celną ironię i humor. Nieco już przebrzmiałe bożyszcze gimnazjalistek Justin Bieber, pytany o to, czy jego nazwisko znaczy w języku niemieckim koszykówka, nie umiał na podaną kwestię odpowiedzieć, ponieważ nie wiedział, co to znaczy „po niemiecku” („in German”). Nie śmiejmy się z biednego piosenkarza. Takich mamy artystów, na jakich sobie zasłużyliśmy.

It's just a box, it's just a screen
it's only a nightmare, it's only a dream
we give the vision, of how life should be
we choose our own heroes, come follow me

Telewizja hamuje rozwój intelektualny. Desmurget w kilku anegdotach przytacza mrożące krew w żyłach przykłady umysłowej atrofii młodych Francuzów. Studentka psychologii Vanessa myśli, że wyrażenie „geometria kartezjańska” pochodzi od Kartaginy. W dodatku nie przeczytała ona ani jednej książki. Julien, prezenter telewizyjny, lokuje Neapol w Hiszpanii. Michele, studentka szkoły handlowej, wyrażenie ekologia kojarzy z rozwojem szkół. Tę zbiorową głupotę autor diagnozuje bardzo prosto. Jest ona skutkiem oglądania telewizji, która otępia, nie stymuluje do zdobywania wiedzy i po prostu ogłupia. Nawet programy edukacyjne wydają się Desmurgetowi zbędnym balastem, ponieważ o wiele więcej zapamiętamy z książki, niż ze słów lektora. Szkodliwość szklanego medium potwierdzają twarde dane, obficie przytaczane przez autora. Każda godzina poświęcona telewizji przed trzecim rokiem życia zwiększa o 75% prawdopodobieństwo wystąpienia zaburzeń uwagi u ośmiolatków. Każda godzina dziennie przed ekranem w wieku do dwóch lat zmniejsza o 16% czas interakcji między dzieckiem a rodzicami, o 31% czas kontaktów między rodzeństwem, a o 10% czas poświęcany na twórczą zabawę. To tylko dwa przykłady z kilkuset przywołanych w „Teleogłupianiu”.

I'll make you believe
That the world is like TV
I will supply you
With only negativity

Telewizja straszy. Wieczorne wiadomości przypominają horror. Wojna, mafijne porachunki, wypadki drogowe, kataklizmy. Chcemy być poinformowani o wszystkim, ale nie zauważamy zależności pomiędzy epatowaniem medialną przemocą, a naszym stanem psychicznym. Ludzie regularnie oglądający telewizję chętniej przyjmują wizję rzeczywistości jako miejsca niebezpiecznego, pełnego pułapek i seryjnych morderców. Desmurget przypomina również starą jak świat opinię pokazującą, że telewizyjna przemoc nie pozostaje bez związku ze wzrostem przestępczości w świecie realnym. I można protestować przeciwko takiemu założeniu, ale w sukurs przychodzą nam kolejne dane statystyczne, a z tymi dyskutować jest już trudniej. Po liczby odsyłam do książki, a zaręczam, że dają one do myślenia. Telewizja to otyłość, choroby serca, schorzenia układu krążenia, alkoholizm, nikotynizm i narkomania. Telewizja to współczesny szatan.

Z ruchomymi obrazami stykamy się wszędzie. Nawet, gdy nie oglądam telewizji, mam internet, a w nim tysiące filmów, teledysków i innych, mniej lub bardziej potrzebnych przekazów medialnych. Żyjąc w wieku XXI, nie odłączymy się całkowicie od tego migającego światka, w naszym interesie jest jednak, aby korzystać z jego uroków jak najrzadziej. A z pewnością powinniśmy chronić przed nim dzieci. Żadnej telewizji dla najmłodszych. Jeżeli da się to zrobić, może przyszłe pokolenia będą mądrzejsze niż obecne generacje?

Oznaczone kursywą cytaty pochodzą z dwóch poświęconych telewizji utworów zespołu Annihilator, „The Box” oraz „Maximum Satan”.

Michel Desmurget, Teleogłupianie, tłum. E. Kaniowska, wyd. Czarna Owca, Warszawa 2012, ss. 379.
Kolejny uchodźca ranny. Strzał poprzedziło czerwone światło lasera. W ciemnym parku obok akademika pojawia się zabójca. W ciszy celuje do ciemnowłosego mężczyzny, który niczego nieświadomy, idzie śmiałym krokiem między drzewami. Chwila skupienia i za moment padnie strzał. Cel przewróci się na mokrą od deszczu alejkę i nie będzie wiedział, co się stało. Potem, w szpitalu, zdziwi się, że ktoś do niego mierzył. Przecież nie miał wrogów, nikomu nie był winny pieniędzy, z nikim nie zadarł. Na czym polega więc jego problem? Na to pytanie będzie znał odpowiedź John Ausonius, główny bohater opisywanych wydarzeń.

Gellert Tames, szwedzki dziennikarz śledczy, musiał wykonać tytaniczną pracę, która polegała nie tylko na przestudiowaniu tysięcy stron raportów sądowych i policyjnych, ale również na wielogodzinnych rozmowach ze świadkami oraz sprawcą – skazanym za zabójstwa i próby morderstw Johnem Ausoniusem – niemieckim imigrantem, który jako dziecko przyjechał do Szwecji – socjalistycznego raju. Ktokolwiek czytał reportaże Macieja Zaremby, dziennikarza, który tematykę szwedzką zna jak mało kto, ponieważ już od roku 1968 przebywa w Sztokholmie, albo miał przyjemność lektury 37. numeru „Frondy” poświęconego paradoksom szwedzkiego państwa opiekuńczego, ten z zainteresowaniem powinien sięgnąć po książkę Tamesa. Co więcej, fani skandynawskich kryminałów autorstwa Stiega Larssona czy Henninga Mankella również winni spojrzeć z ciekawością w kierunku „Mężczyzny z laserem”. Wizja świata, która jest w tym opracowaniu wyłożona, dość silnie koresponduje z tą ukazywaną w klasycznych już pozycjach szwedzkiej beletrystyki policyjnej. Jest to wizja skrajnie lewicowa, by nie powiedzieć, lewacka, w której winny zawsze będzie Szwed, chrześcijanin, albo tradycyjna rodzina. Ten obraz świata wyziera, ale trzeba przyznać, że dość subtelnie, z książki Tamesa. Nie jest to jednak literatura piękna i dbałość o przedstawione fakty pozwoliła uniknąć łopatologicznych tez. Co nie oznacza, że „Mężczyzna z laserem” pozbawiony jest słabych punktów.

Zacznijmy jednak od plusów, których reportaż szwedzkiego żurnalisty posiada całkiem sporo. Pochwalić trzeba autora, że nie skupił się on tylko na mechanicznym przytaczaniu opisów kolejnych zbrodni, co zdecydowanie zubożyłoby tę książkę. Tames rysuje szerszy kontekst. Wychodzi od dzieciństwa mordercy, jego nieprzystosowania do jednorodnego etnicznie społeczeństwa powojennej Szwecji. Ausonius, tu jeszcze występujący pod prawdziwym nazwiskiem Wolfgang Zaugg, nierzadko spotykał się z brakiem akceptacji, ponieważ jako jedyny w towarzystwie kolegów miał czarne włosy. Za parędziesiąt lat sam zacznie polować na ciemnowłosych obywateli i farbować głowę na rudo. Dziennikarz ujmuje swoją opowieść w śmielsze ramy reperkusji powojennych oraz polityczne dzieje współczesnej Szwecji. Opowiada o narodzinach nacjonalistycznej organizacji Opór Białych Aryjczyków i późniejszej skrajnie prawicowej Nowej Demokracji.

Innym walorem „Mężczyzny z laserem” jest jego drobiazgowość, a z drugiej strony narracja, która wciąga niczym najlepsza powieść sensacyjna. Tym bardziej intrygująca, że oparta na faktach, a jak powiedział Józef Mackiewicz – tylko prawda jest ciekawa. Jest wielką sztuką zebrać i połączyć ze sobą tyle faktów, pozornie luźno ze sobą powiązanych, aby rezultatem nie była rozwleczona, nieciekawa historia. Gellert Tamas posiadł te umiejętności i stworzył trzymającą w napięciu i bogatą w informacje książkę, której nie da zamknąć się w szufladce z napisem „reportaż śledczy”. Autor wnika w psychologię bohatera, analizuje jego młodzieńcze porażki, szuka przyczyn zejścia na drogę występku. Stosując narracyjną polifonię, pozwala nam wejść do wnętrza duszy Ausoniusa, przy czym jako chłodny obserwator nie sugeruje na szczęście, że morderca jest nieszczęśliwym biedaczkiem, którego przewinienia są rezultatem opresyjnego systemu społecznego, albo klapsów w dzieciństwie. Tamas nie relatywizuje winy Wolfganga – Johna.

Patrząc jednak z drugiej strony, można zobaczyć w „Mężczyźnie z laserem” kilka dziur. Mnie przede wszystkim nurtuje jednostronnie pozytywne przedstawienie zjawiska imigracji oraz samych imigrantów, ludzi z odmiennego kręgu kulturowego, a nieraz, jak pokazują dzienniki informacyjne, roszczeniowych oraz agresywnych. Szczególnie tyczy się to uchodźców z islamskiego kręgu religijnego. Kwestia nieprzystosowania imigrantów do życia w demokratycznym, zachodnim społeczeństwie zdaje się w książce szwedzkiego dziennikarza nie istnieć. Przyczyna leży w banalnym miejscu, w politycznej poprawności, której poziom w krajach zachodnich jest dla nas niepojęcie wysoki. Nie tyle nie wypada o przybyszach z Afryki i Azji mówić źle, co jest to traktowane niczym poważne przewinienie. Politykom uchodzi więcej, ale zwykli ludzie, krytykując imigrantów, narażają się na towarzyski ostracyzm. Tezy o przestępczości uchodźców, o agresywnej inwazyjności islamu w omawianej pozycji nie istnieją. Nie istnieją również poza książką, co wzmogło się po terrorystycznym ataku Andersa Breivika. Sami zaczynamy popadać w paranoję. Skoro morderca z Utøi krytykował islam, nam robić tego nie wolno, bo mimowolnie staniemy się faszystami i potencjalnymi zabójcami. Takie myślenie pokutuje w reportażu. John Ausonius atakował imigrantów, a w swoich wypowiedziach przed sądem krytykował przybyszów za przestępczość i nieumiejętność asymilacji. Tamas więc nie zająknie się nawet, aby spojrzeć na imigrantów z minimalną dozą krytycyzmu. Wiadomym jest, że nie wszyscy uchodźcy potrafią przystosować się do egzystencji w innych niż dotychczas warunkach i że poziom przestępczości w muzułmańskich gettach wzrasta. Wystarczy przywołać zamieszki, które wybuchły w 20 lipca tego roku w Paryżu. Wyznawcy Allaha spalili 20 samochodów, tylko dlatego, że żona jednego z muzułmanów odmówiła w miejscu publicznym zdjęcia chusty z twarzy. Jak podaje portal niezalezna.pl, imigranci rzucali w policjantów kamieniami i butelkami, podpalali śmietniki i niszczyli przystanki autobusowe.

Nic nie usprawiedliwia mordowania ludzi, John Ausonius zasłużył na najwyższy wymiar kary i gdyby kara śmierci była w Unii Europejskiej dopuszczona (a szkoda, że nie jest), powinien zawisnąć na stryczku. „Mężczyzna z laserem”, nawet gdy przedstawia imigrację jako zjawisko niegenerujące żadnych poważniejszych problemów społecznych, wart jest uważnego przestudiowania. Nie tylko z powodu walorów czysto literackich, przede wszystkim dzięki panoramie współczesnej, powojennej Szwecji oraz pogłębionemu portretowi psychologicznemu głównego bohatera.

Gellert Tamas, Mężczyzna z laserem: Historia szwedzkiej nienawiści, tłum. E. Frątczak - Nowotny, wyd. Czarne, Wołowiec 2013, ss. 467.
W Jarocinie nigdy nie byłem. Za młody jestem, aby załapać się na festiwalowe szaleństwo w latach 80. Z czwartej klasy podstawówki pamiętam tylko koncert Papa Dance w hali sportowej w Gorzowie Wielkopolskim, i tyle byłoby rokendrola w moim prywatnym życiu gnoja. Teraz zaś Jarocin mnie nie interesuje. Ani jako skansen, ani jako festiwal. Tak jak współczesne odsłony reaktywowanego wydarzenia nie obchodzą zdecydowanej większości rozmówców Grzegorza K. Witkowskiego. Z radością przyjąłem fakt pojawienia się na rynku trzeciej części zbioru wywiadów „Grunt to bunt”, bo – po pierwsze – muzyka w literaturze jest czymś, co bardzo sobie cenię, a po drugie – kontrkultura lat 80. to dla mnie świat, w który często zaglądam.

Trzeci tom wywiadów jest najobszerniejszy. Drugi i pierwszy ukazały się rok i dwa lata temu, i chyba na siebie zarobiły, bo bez tego nie mógłbym teraz opisywać tej najświeższej części. Sam dobór nazwisk robi wrażenie, jeszcze dotąd nie udało się Witkowskiemu zebrać w jednym woluminie tylu znaczących dla festiwalu person. A raczej rozmów z nimi. Pojawiają się w omawianej książce nazwiska Waltera Chełstowskiego (jest to druga część wywiadu, kontynuacja rozmowy z tomu drugiego), Wojciecha Waglewskiego, Jerzego Owsiaka, Pawła Sito czy Yacha Paszkiewicza. Jeśli idzie o moje muzyczne preferencje, cieszyłem się z wywiadów przeprowadzonych z muzykami Bielizny (Janiszewskim, Furmanem, Figurą, Jarmakowiczem), Piotrem „Mizernym” Liszczem z 1984, czy z metalowcami, którzy – jak zwykle – niczego ciekawego nie powiedzieli. Metal lubię, ale muzycy metalowi to już zupełnie inna para kaloszy. Zresztą, w kilku przypadkach pociągnięci za język ludzie z kapel alternatywnych przyznają, że w środowisku punkowym i niezależnym metale traktowani byli jak półmózgi. Gorzej patrzono jeszcze na pseudo-satanistów, określając ich mianem bezmózgowców. Nie bądźmy gołosłowni, wystarczy porównać sobie teksty Kata, Kreona, czy Wilczego Pająka (chociaż ci ostatni mieli pewne odchylenia w stronę społeczną, jak to u thrasherów bywało), z lirykami punkowymi lub nowofalowymi, które, co prawda, nie powalały literacko, ale traktowały o czymś poważniejszym, niż diabeł i ognie piekielne.

A jaki obraz Jarocina wyłania się z tych kilkudziesięciu rozmów z muzykami, fanami, organizatorami? Podobny jak w poprzednich dwóch częściach, czyli bardzo niejednorodny. Wspomnienia lubią się zacierać i stąd nie dziwią te same sytuacje opisywane w bardzo różny sposób. Sztandarowym przykładem jest w tym przypadku kwestia prohibicji. Takowa obowiązywała w czasie trwania całego festiwalu, natomiast jedni mówią, że nie była odczuwalna, bo kombinowali sobie alkohol ze swoich własnych źródeł, inni z kolei zakaz ten odczuli na własnej skórze. Inną sprawą są zadymy w 1993 i 1994 roku, które między innymi spowodowały, że Jarocin zakończył swój żywot. Uczestnicy koncertów raz obwiniają za spowodowanie zamieszek brutalną policję, innym razem nieprofesjonalną ochronę, a w jeszcze innym przypadku konserwatywną, punkową publiczność, która reagowała agresją na komercjalizację przedsięwzięcia. Jak zwykle, przyczyn należałoby szukać w różnych miejscach, nie pomijając tych wymienionych powyżej.

Innym ważnym problemem, który pojawia się w wielu z przeprowadzonych wywiadów, jest sprawa wentyla bezpieczeństwa. W roku 1982, gdy z powodu stanu wojennego odwołano festiwale w Opolu i Sopocie, do Jarocina nie przyczepił się nikt i przegląd kapel rockowych mógł się spokojnie odbyć. Taka sytuacja budziła i budzi nadal pewne powątpiewanie, bo mimo faktu, że to coroczne święto fanów muzyki niezależnej pozwalało młodym ludziom na odrobinę oddechu od siermiężnej peerelowskiej rzeczywistości, to zastanawiać musi fakt, że przecież ktoś nim sterował. Do tej pory białą plamą historii jest problem tajnych współpracowników infiltrujących środowiska rockowców. Do dziennikarzy i pisarzy się dobrano, coś niecoś wiadomo o środowiskach kościelnych (casus Wielgusa), ale scena muzyczna, szczególnie ta alternatywna, mogłaby być wdzięcznym przedmiotem badań.

W związku z tym zabawne jest, gdy każdy z rozmówców, indagowany o kwestię wentyla, czy współpracy z odpowiednimi organami, jawi się jako niezłomny i walczący z komuną. Nie dziwi fakt, że radykalnie nastawione środowiska punkowe miały w pogardzie przedstawicieli Polskiego Radia, szczególnie tych z Trójki, nazywanej niekiedy Trujką. Również krytycznie i z sarkazmem patrzono na Muzykę Młodej Generacji, czyli sterowany przez dziennikarzy i działaczy ruch (ponieważ słowo „rock” było wówczas na cenzurowanym), który pojawił się na przełomie lat 70. i 80. Przyczynił się on do wypromowania takich kapel jak Exodus, Krzak czy Kombi (wówczas jeszcze rockowego i bez drugiego „i” w nazwie). Nie darzono również szczególną estymą tak zwanej Krajowej Sceny Młodzieżowej, czyli nurtu rocka harcerskiego, którego największym przedstawicielem był Sztywny Pal Azji. Wywiady z przedstawicielami MMG, jak i KSM, rzucają inne światło na ten problem. Dowiadujemy się na przykład, że Paweł Sito z Rozgłośni Harcerskiej w głębi serca walczył z komunizmem, a Sztywny Pal Azji to świetny zespół był.

Aby dojść prawdy, czym był Jarocin, nie wystarczy tych kilkadziesiąt rozmów. Tyle prawd, ilu ludzi. Interesujące światło rzuca Wiktor Kucaj, klawiszowiec i kompozytor progresywnego zespołu z Rzeszowa – RSC. Jego wypowiedzi zdają się popierać teorię wentyla. Władza wolała, aby młodzież pokrzyczała sobie na koncertach, niż angażowała się w działalność opozycyjną. Jeszcze bardziej interesujące niż wywiady z muzykami wydają się rozmowy z uczestnikami festiwalu. Trafiają się niekiedy Witkowskiemu prawdziwi gawędziarze, którzy nie ucinają rozmowy po kilkunastu zdaniach, a lektura takiego wywiadu to autentyczna podróż w przeszłość, w lata, gdy było się zbyt młodym, aby za gnojka jeździć do Jarocina.

Grzegorz K. Witkowski, Grunt to bunt III: rozmowy o Jarocinie, wyd. In Rock, Czerwonak 2013, ss. 775.

Biorę udział w wyzwaniu "Polacy nie gęsi".

Na okładce lis. Nie Tomasz, ale zwykły lis, a może raczej zwierzęco – ludzka hybryda. Mężczyzna z głową lisa. To znaczy chytrus i manipulator. Takich lisów Witalisów jest w naszym świecie pełno i ważne jest, aby ich demaskować. Ponieważ manipulacja działa nie wprost, a jej zadaniem jest nie tyle przekonanie nas do czegoś, ale dokonanie w nas takich zmian, abyśmy przekazywane nam ukryte treści traktowali jako własne zdanie. Ten fakt jest najbardziej niebezpiecznym elementem metod manipulatorskich.

Z początku zadajmy sobie pytanie, kim jest autor tej publikacji, Marcin Niewalda. Z początku nie miałem świadomości, że chodzi o twórcę osławionej sieciowej encyklopedii Okiem.pl. Witryna ta w niezwykle fanatyczny sposób odsądza od czci i wiary muzykę rockową (jako całość, traktując ją jako narzędzie szatana), sztukę współczesną, popkulturę, w tym książki o Harrym Potterze. I jeśli można znaleźć w rzeczonym serwisie treści wartościowe, trzeba też powiedzieć, że znajduje się w nim sporo przekłamań. Takie uproszczenia są również winą „Metod manipulacji XXI wieku”.

Szczerze mówiąc, spodziewałem się więcej po tej publikacji. Podzielona jest ona na 26 krótkich rozdziałów, a w każdym z nich autor omawia krótko jedną z metod manipulacji. Podaje również recepty na to, jak bronić się przed tymi podstępnymi działaniami. Występując jako obiektywny sędzia, Niewalda, poddaje krytyce przeróżne metody. Problem w tym, że jego obiektywizm jest tylko pozorny. Przyjrzyjmy się metodom, które opisuje autor. Zaczyna swoje rozważania od forteli stosowanych przez hipermarkety. I aż chciałoby się zakrzyknąć: więcej, więcej! Ponieważ opisane procedery stanowią jedynie czubek góry lodowej i – niestety – dla osoby nawet średnio zorientowanej w psychologii sprzedaży, nie są niczym nowym. Wiadomo, że większość promocji to zwykłe ściemy, a towar wykładany jest przy kasach po to, aby skusić oczekującego klienta czymś dodatkowym. Szkoda, że przy okazji Niewalda nie poświęca czasu na mniej oczywiste sposoby czarowania klientów sklepów wielkopowierzchniowych. A wystarczyło pogrzebać więcej.

Grzechem głównym tej książki jest jej powierzchowność. Widać, że autora dopadł syndrom księdza Andrzeja Zwolińskiego, który – jako specjalista od wszystkiego – pisał już książki o muzyce rockowej (naturalnie o jej zgubnym wpływie na młodzież pracującą miast i wsi), sektach, mediach, relacjach społecznych, czy życiu gospodarczym. Mam wrażenie, że Niewalda, podobnie jak Zwoliński, zna się na wszystkim, lecz na niczym nie zna się dobrze. Dostajemy więc do ręki drobne, pop – kompendium, przekazujące pop – wiedzę w – przyznać trzeba – komunikatywny sposób, ale również popowy. O ironio, popkulturę Niewalda potępia, poświęcając cały rozdział sztuce współczesnej. Wtedy do głosu dochodzi drugie główne przewinienie „Metod manipulacji XXI wieku”, którym jest dyletanctwo autora.

W rozdziale zatytułowanym „Tarturyzm”, który poświęcony jest współczesnemu życiu artystycznemu, autor nazywa wszystkie przejawy awangardy pustymi i wszystkie z nich wylewa z kąpielą na ziemię jako niewartościowe. Aby wyrzucić poza nawias kultury Krzysztofa Pendereckiego, Witkacego, Jerzego Dudę – Gracza, Andy’ego Warhola, wszystkich surrealistów i kubistów, trzeba być albo fanatycznym konserwatystą, albo po prostu nie znać się na sztuce. Mam wrażenie, że w przypadku Niewaldy do głosu dochodzą obie tendencje i przypomina mi się jeden z wykładów profesora Piotra Jaroszyńskiego, który twórczość Marii Rodziewiczówny przedstawił jako przykład kultury wysokiej. Paranoja przeklinania wszystkiego, co nie jest bogoojczyźniane i dewocyjne, może spowodować zdecydowane ograniczenie horyzontów. Nie widzi Niewalda głębokiej (chociaż dalekiej od ortodoksji) religijności Warhola, czy Dalego. Nie zauważa tego, co nieoczywiste, bo to wymaga wysiłku. Najłatwiej potępić, nazwać diabelskim, albo kiczowatym coś, czego się nie rozumie, a samemu śpiewać prymitywne oazowe pioseneczki i podniecać się odpustowymi portretami Jana Pawła II.

W manipulacji ciekawą i często stosowaną metodą jest przemilczenie. Polega ona na tym, że podajemy tylko część informacji, tę, która jest dla nas wygodna. Resztę zatajamy. Sposób ten wykorzystywany jest przez wszystkie media, sięgnął po niego również nasz autor. W rozdziale poświęconym Wikipedii potraktował on to źródło jednoznacznie negatywnie, twierdząc, że powoływanie się na nie jest żenujące. Osobiście nie byłbym aż tak surowy, ponieważ jest to encyklopedia nierówna, większość haseł w niej zawartych jest powierzchownych. Ale czy powierzchowność nie jest cechą wszystkich popularnych opracowań encyklopedycznych, takich jak popularne – jeszcze do dzisiaj – czterotomówki PWN? Niewalda nie stroni od ostrych opinii, w których oskarża Wikipedię o macosze traktowanie religii katolickiej. Wystarczy jednak wstukać w znienawidzone przez autora źródło hasło „inkwizycja”, by – przy całej pobieżności opracowania – odkłamać sobie na bazie zgromadzonych tam informacji, różne liberalne kłamstwa na temat tej instytucji. Nie jest więc tak, że Wikipedia, to – jak mówi młodzież – zło.

Niekiedy autor arbitralnie, bez podania źródeł, forsuje pewne sądy, które, jakkolwiek prawdopodobne, aż proszą się o ich poparcie. Pierwszy przykład mówi, że hipoteza o zamachu w Smoleńsku jest rosyjską fałszywką, którą służby specjalne wykorzystują, aby jątrzyć i dzielić polskie społeczeństwo. Drugim jest potraktowanie Obozu Narodowo – Radykalnego jako macki obcych, również rosyjskich agentur, która ma za zadanie zradykalizować dyskurs polityczny w kraju. Nie wiem, czy tak jest, domyślam się, że Niewalda również tego nie wie.

I ostatnia rzecz, ostatnie przewinienie. Wedle ewangelicznej zasady o niedostrzeganiu belki we własnym oku, autor zupełnie przemilcza kwestie manipulacji w Kościele katolickim. I można się żżymać, ale przecież instytucja ta, również ludzka i podlegająca takim samym ludzkim zasadom, nie oparła się i nadal się nie opiera pokusie pójścia na skróty, a jej hierarchowie również lubią niekiedy mamić swoje owieczki pewnymi sztuczkami. Co chwalebne naturalnie nie jest, ale przecież się zdarza, jak świat długi i szeroki. Można więc potraktować „Metody manipulacji XXI wieku” jako pewien wstęp do tej ciekawej i zajmującej tematyki, ale przy jej lekturze przyda się zdrowy krytycyzm, abyśmy nie sami nie zostali zwiedzeni, ponieważ autor wali cepem, gdzie popadnie, nie patrząc na fakt, że nie wszystko, co mu się wydaje złe, takie być musi.

Marcin Niewalda, Metody manipulacji XXI wieku, wyd. Fronda, Warszawa 2013, ss. 142.

Biorę udział w wyzwaniu "Polacy nie gęsi".