Książki o muzykach mają jeden zasadniczy feler. W każdej, może prawie każdej, biografii czy autobiografii występuje happy end związany z porzuceniem nałogu. Nieważne, co by się działo, wóda, heroina, kokaina, amfetamina, trawa, wszystko to zostaje z pełnym powodzeniem w dawnym życiu; teraz zaczyna się nowe otwarcie, a grajek jest czysty jak łza. Wystarczy sięgnąć po biografie Depeche Mode, The Cure, a teraz Maxa Cavalery, aby się naocznie przekonać o tym, co opisuję. Alkohol i narkotyki uzależniają tak silnie, że ich odstawienie musi wiązać się z całkowitym porzuceniem poprzedniego stylu życia i zmianą środowiska. W innym przypadku, wybaczcie, pozostanę sceptyczny. A piszę o tym dlatego, że „Moje krwawe korzenie” są kolejną pozycją z serii o trwałych metamorfozach muzyków rockowych, w których wóda leje się strumieniami, a ścieżki kokainy ciągną się kilometrami. Max Cavalera, sam albo z pomocą autora widmo, prokuruje własną biografię, w której chronologicznie opisuje swoje życie. Od dzieciństwa w Brazylii do teraz. Naturalnie, jest happy end. Bo niby jak ma być?

Najciekawsze jest na początku. Wiek dziecięcy spędzony w biednej Brazylii, w państwie społecznych rozwarstwień i wojskowej junty. Z początku jest on idylliczny, gdyż ojciec Cavalery jest pracownikiem aparatu władzy. Dzieci rosną więc w bezpiecznym i spokojnym domu, odizolowanym od problemów z policją i autorytarną władzą. Skąd więc w nastolatku, takim jak autor, pęd do buntu? Sytuacja zmienia się wraz z tragiczną śmiercią ojca Cavalery. Od tej pory zaczyna się uliczne życie. Bójki ze skinheadami, łojenie alkoholu, pierwsze eksperymenty z narkotykami. Pojawia się muzyka, metal w najbardziej obskurnej i obrzydliwej dla opinii społecznej odmianie. Brudny, hałaśliwy, opierający się na durnych tekstach o szatanie, wykrzyczanych do mikrofonu z pasją i nienawiścią. Takie są początki Sepultury, najważniejszego i jedynego tak naprawdę znanego na całym świecie zespołu metalowego z Brazylii.

Dzieciństwo Cavalery opisane jest w interesujący sposób. Udało się autorowi oddać atmosferę Ameryki Łacińskiej. Autor (lub ghostwriter) Marquezem nie jest, ale ciekawie ukazuje kraj kierowany przez wojskowe władze, państwo, które z początku wcale nie obchodzi chłopców, jakimi byli bracia, późniejszy tandem, na którym opierała się Sepultura. Kraj ten po śmierci seniora Cavalery zwalił się młodym ludziom na barki i dał się odczuć jako opresyjna machina pełna nędzy, korupcji i niezwykle brutalnej policji. To musiało wybuchnąć wściekłością. Krzywo grana, brutalna, agresywna, ale i mocno naiwna muzyka wczesnej Sepultury rzuciła haczyk. Jeszcze nikt w Brazylii nie grał aż tak intensywnie. Debiut „Morbid Visions” zadziałał lokalnie, kolejna płyta „Schizophrenia” uczyniła z kapeli zespół znany w kraju, album trzeci – tradycyjny sprawdzian dla muzyków – „Beneath the Remains” rozsławił Sepulturę na świecie. Kolejne wydawnictwa ugruntowywały pozycję grupy, czyniąc z niej zespół poszukujący, nowatorski, nieoglądający się na starych fanów, pozostawionych w piwnicy. „Chaos A.D.” i „Roots” były artystycznymi szczytami. I chociaż osobiście nie jestem entuzjastą tego drugiego z wymienionych w poprzednim zdaniu albumów, doceniam jego wkład w rozwój muzyki metalowej.

Ale Max Cavalera to nie tylko Sepultura. Szczegółów historii tu nie przytoczę, po te odsyłam do książki, pamiętać należy jednak o Soulfly, kapeli, która powstała po rozstaniu muzyka z macierzystą grupą. To jej historia stanowi drugą część książki i trzeba powiedzieć, że rozdziały jej poświęcone są po prostu słabsze. Kłania się kolejny grzech muzycznych biografii. Początki opisywane są w nich wnikliwie, a losy późniejsze układają się w nudny ciąg składający się z lakonicznych odniesień do następujących po sobie nagraniowych sesji i tras koncertowych. Wszystko to zaczyna się zlewać w jedną nieodróżnialną masę i traci wartość merytoryczną. Przelatujemy między kolejnymi wydawnictwami, słuchając opowieści o tym, że są one wspaniałe. Należy jednak oddać sprawiedliwość Cavalerze, bo nie gubi się on w zeznaniach i tylko jedną płytę Soulfly nazywa szczytowym osiągnięciem zespołu. Mowa o „Dark Ages”. Tak się składa, że zgadzam się z przedmówcą, więc tym bardziej doceniam jego zdanie.

W historii tej dużą rolę odgrywa rodzina. Żona i była menedżerka Sepultury, dzieci, brat Igor. Pojawiają się również tragedie, jak nagła śmierć syna małżonki Cavalery z pierwszego związku. Nie mamy do czynienia z wiwisekcją uczuć czy emocjonalnym ekshibicjonizmem, muzyk wspomina te wydarzenia dość oszczędnie, pozostając wiernym dobremu smakowi. I może nawet zaczynam wierzyć Cavalerze, że ten spędził kilka miesięcy na odwyku i przestał pić. Chciałbym, aby tak było, bo z tego, co człowiek ten pisze, rysuje się obraz osoby inteligentnej, zaangażowanej społecznie; mam jednak świadomość, że poziom tego zaangażowania jest typowo amerykański, a do tego lewicujący.

Na końcu wróćmy jeszcze do początku całej opowieści. Do obrazu Brazylii dodać trzeba jeszcze nieznane chrześcijaństwu zachodniemu kwestie religijnego synkretyzmu. Z tego, co pisze Cavalera, bardzo popularna w jego kraju jest sekta Candomblé; pochodzi ona z kręgu kultury południowoamerykańskich Murzynów. Matka muzyka zwykła praktykować te obrzędy, oparte na pierwotnym spirytualizmie i katolickim kulcie świętych, a mały Max często w nich uczestniczył. Wiele lat później pojawili się Indianie, mowa tu o „Chaos AD” oraz „Roots”. Dobrze oddaje to specyfikę Ameryki Łacińskiej, z wierzchu katolickiej, a pod powierzchnią pogańskiej i szamańskiej. Co słychać na „Roots” i pierwszych płytach Soulfly.

Max Cavalera, Moje krwawe korzenie, tłum. B. Donarski, wyd. Kagra, Poznań 2013, ss. 214.
Jeśli widzieliście kiedyś „Pianistkę” albo „Białą wstążkę” Michaela Hanneke’go, zobaczyliście Austrię w pigułce. Zboczenia seksualne, społeczne dewiacje, rodzinny terror – to wszystko reżyser przedstawia, a my bierzemy jego obrazy za dobrą monetę. Czy tak jest w rzeczywistości, trudno orzec, wszak wszystkie państwa świata mają swoje wstydliwe tajemnice, które chciałyby ukryć. Wszędzie znajdziemy świrów, którzy nie nadają się do życia w społeczeństwie: Fritzlów przetrzymujących kobiety w piwnicy lub matki chowające martwe potomstwo w beczkach po kapuście. Reportaże bywają jednostronne – przedstawiając czarno – biały obraz świata, skazują nas na określony sposób myślenia. I wtedy wydaje się nam, że oto dostąpiliśmy objawienia, ponieważ coś, co było dla nas piękne, staje się ohydne. Rzeczywistość nas już nie obchodzi, bo zostawiliśmy ją daleko za naszymi plecami.

Florian Klenk, austriacki reporter średniego pokolenia, zdaje się w swoich tekstach przekazywać nam obraz własnego kraju w sposób nieco przesadzony. Odkładając tę niewielką książkę na półkę, rozczarowujemy się, bo oto przeczytaliśmy, że Austria jest krajem, w którym handluje się kobietami, w którym brutalna policja zabija Bogu ducha winnych młodych ludzi i gdzie żyją jeszcze duchy nazizmu. Dwie pierwsze tezy uważam za błędne, bo handel żywym towarem, prostytucja czy brutalność służb porządkowych występują pod każdą szerokością geograficzną; nie są więc niczym szczególnie charakterystycznym dla tego jednego państwa. Wydaje mi się, że autor nieco histeryzuje. Pewnie ma do tego prawo, bo jako Austriak chciałby, aby w jego kraju nie zdarzało się tyle patologii. I być może kieruje swój przekaz do naiwnych turystów, którzy kojarzą Wiedeń tylko z koncertem noworocznym, dobrym piwem i szusowaniem na nartach. Ale człowiek głupi i tak niczego nie czyta, pozostając do końca życia przy swoich stereotypach. A gdy znajdzie się idiota, który jednak sięga od czasu do czasu po jakieś książki, to jako wykształciuch pewnie pokiwa głową ze zrozumieniem i wypali: no tak, Austria – dziki kraj. A ja mówię, że dziki i nie dziki, jak każdy.

Co jednak z tą trzecią tezą? Brak rozliczenia z nazizmem jest faktem i bierze się z tego, że Austria, jako kraj wcielony do III Rzeszy na mocy tak zwanego anschlussu, traktowana jest jako ofiara II wojny światowej. A przecież zwolenników Hitlera i jego lewicowej ideologii było w Wiedniu wielu. Mniej więcej tylu, co w Niemczech. W końcu mocarstwowe marzenia o Tysiącletniej Rzeszy obejmowały większość niemieckojęzycznej populacji Europy. W najciekawszym tekście z tego zbioru reportaży – „Erna Wallisch, która pędziła dzieci do komór gazowych” widzimy tytułową zbrodniarkę jako wzorowo pracującą robotnicę, kobietę, która uniknęła kary. Nawet Wiesentahl i jego działania nie pomogły w skazaniu brutalnej strażniczki. Złe duchy historii unoszą się więc nad Austrią i z tą tezą się zgadzam. Klenk, opisując zbrodnie II wojny, ulega jednak politycznej poprawności i nigdzie nie wypowiada się o Niemcach per Niemcy. W myśl współczesnych trendów pojawiają się naziści. Bo przecież Niemcy byli antyfaszystami, a większość germańskich kobiet działało w ruchu oporu, jak Sophie Scholl.

Szkoda, że Klenk nie poświęcił większej liczby tekstów temu ciekawemu zagadnieniu, a zamiast tego, zajął się przede wszystkim problemami uchodźców. Reporter stawia sprawę jasno. Unia Europejska postawiła żelazną kurtynę i nie przepuszcza biednych muzułmańskich żuczków do swoich państw, a jak już przepuszcza, to biedaczki Pańskie żyją na granicy nędzy. Aż taki naiwny? Lewacka logika austriackiego dziennikarza nie pozwala mu zobaczyć, do czego doprowadzili Europę jego ukochani uchodźcy. Nie widzi Klenk konsekwentnie i po cichu wprowadzanego prawa szariatu. Zamiast zauważyć problem, reporter promuje model multi-kulti, bredząc coś o asymilacji. Owszem, można zasymilować pojedyncze osoby, ale z dziesiątkami tysięcy zrobić się tego nie da. Klenk nie spostrzega, że dla muzułmanów Europa jest przede wszystkim królestwem Szatana, które trzeba nawrócić na jedyną słuszną wiarę w Allaha.

Podobną naiwnością popisuje się wrażliwy żurnalista, pisząc o brutalnych działaniach policji. W tekście pod tytułem „Haniebna śmierć ucznia Floriana Pirkera” imiennik sakralizowanego bohatera daje do zrozumienia, że napaść z ostrym narzędziem w ręku na supermarket nie jest wystarczającym powodem do wyciągnięcia broni i strzelenia do bandyty. Przypomina mi się histeria, która wybuchła w 90. latach, gdy podczas zadymy w Słupsku pewien stróż prawa w walce ulicznej śmiertelnie ranił jednego z kibiców. Policjant poszedł siedzieć, a młodociany fanatyk piłki nożnej stał się świeckim świętym. To samo mamy tutaj. Dziennikarz nie pyta, co rozwydrzony szesnastoletni bachor robił z niebezpiecznym narzędziem w sklepie. Może biedny chłopiec chciał po prostu kupić papieroski? To po co włamywał się od zaplecza? W niektórych stanach USA, wtargnąwszy na cudzą posesję, musimy liczyć się z tym, że jakiś brzuchaty i wąsaty Jankes może nas odstrzelić. W Europie Zachodniej sprawy stoją na głowie. Bandyta jest kimś, nad kim należy się pochylić z miłością, a ktoś, kto się broni i używa siły, staje się faszystą. Lem miał rację, gdy pisał „Powrót z gwiazd”. Cywilizacja pozbawiona pierwiastka siły i agresji umrze prędzej czy później.

Ostatnim grzechem omawianych tekstów jest ich powierzchowność. Zdziwiłem się faktem, że Klenk jest dziennikarzem śledczym. Od tego wymaga się dociekliwości, a reportaże zawarte w omawianym zbiorze raczej pogłębione nie są. Ot, krótkie teksty z umoralniającym przesłaniem, przewidywalne niczym „Mendel Gdański” Konopnickiej, w której to nowelce źli Polacy dobrych Żydów biją. Teksty przypominające idelologiczne reportaże z "Gazety Wyborczej" poświęcone "palącym" problemom "społecznym" typu "zaszłam w ciążę na imprezie, a żaden ginekolog nie chce mi pomóc". Pozytywizm, u progu swojego rozwoju, stworzył zjawisko nazywane literaturą tendencyjną. Powiastki z tezą, pisane przez wielu literatów XIX wieku, stwarzały monochromatyczny obraz świata, który dzieli się na złych (którymi są zawsze jacyś oni) i na dobrych (którymi jesteśmy – rzecz jasna – my, oświeceni luminarze jedynej słusznej prawdy). Podobnie dzieje się dziś w dziennikarstwie, które na Zachodzie tak przeżarte jest polityczną poprawnością i tolerancjonizmem, że staje się prymitywną propagandą.

Florian Klenk, Kiedyś był tu koniec świata, tłum. E. Kalinowska, wyd. Czarne, Wołowiec 2013, ss. 154.

Tekst pochodzi z portalu wNas.pl. Kultura jest w każdym w nas.

Kiedyś był tu koniec świata. AUSTRIA politycznie poprawna. RECENZJA
Ciało – udręka czy błogosławieństwo? W myśl sześciu opowiadań Szczepana Twardocha zamkniętych w tomie „Tak jest dobrze” to pierwsza odpowiedź jest oczywista. Ciało gnije, rozkłada się, ulega dezintegracji. Same z nim kłopoty. Oszukuje nas, zwodzi, zawodzi. Popełnia błędy, więzi i zniewala. Jaka jest więc przed nim ucieczka? Czy istnieje jakakolwiek forma ucieczki oprócz śmierci? A wiemy o niej jedynie to, że trwale ciała nas pozbawia. I świadomości. Człowiek więc jest worem na wnętrzności, jak chcieli średniowieczni mistycy i asceci. Biczowali oni swoje ciała, wystawiali na próby ognia i przenikliwego chłodu, odmawiali im pożywienia i wody, a jeśli karmili je, to robactwem i zgniłym mięsem. Była to z jednej strony forma zemsty na czymś niedoskonałym, ograniczającym doskonałą duszę, a z drugiej – ćwiczenie mające na celu zbliżenie się do Absolutu. Jako, że Stwórca w tomie omawianych tekstów nie istnieje, pozostaje nam jedynie autodestrukcja.

Tytułowa bohaterka „Masary”, dziewczyna brzydka, przy tuszy, nieakceptująca swojego wyglądu, szuka zemsty. Najpierw na swym prześladowcy, licealnym koledze Marku, a potem sama na sobie. Doskonaląc swoje ciało, zabija duszę, co widać szczególnie w ostatniej scenie, kiedy okazuje się, że intymne zbliżenie jest dla niej pomstą za wyrządzone jej w młodości krzywdy. Zbyt słaba, by swoje kompleksy przekuć w sukces, skazana jest gonić za nieistniejącym ideałem. Miejsce Absolutu zajmuje bóg fitness. – Nie zrobiłam sobie jeszcze dupska – mówi wulgarnie młoda kobieta. Jest wciąż niedoskonała, chociaż nie przypomina zupełnie samej siebie z okresu szkoły średniej. Jest atrakcyjną kobietą, która wyćwiczyła swoje ciało, natomiast duszy naprawić nie potrafiła. Żałosny to widok, podobnie jak postać Marka, który budzi z początku pewną sympatię, ale później okazuje się równie pusty jak Masara.

Świat w tych sześciu tekstach jest nieznośnie dekadencki. Nie ma w nim miejsca na żadne wartości. Relacje rodzinne są zaburzone, co widać już w pierwszym opowiadaniu „Gerd”. Tytułowy bohater, weteran wojenny nie może znieść faktu, że jego syn jest fizycznie ułomny. „Ona płynie w moich zyłach” to paraboliczna historia z wampirycznym motywem w tle. Krwiopijcą jest córka bohatera, a rozpad jego rodziny jest nieunikniony. W postapokaliptycznym świecie zaludnionym przez wampiry, wcale nie atrakcyjne i świecące jak bożyszcze nastolatek z cyklu Stephanie Meyer, nie sposób zachować nie tylko relacji z drugą osobą, ale również własnego człowieczeństwa. W końcu najbardziej wyraziście widać to w „Dwóch przemianach Włodzimierza Kurczyka”. Postać tytułowa to uzależniony od matki trzydziestoletni urzędnik, jakby współczesne wcielenie żałosnych Gogolowskich typów petersburskich. Niczym kancelista z „Szynala” rosyjskiego epika, Włodzimierz Kurczyk jest doskonale niewidoczny, pracuje w jednej firmie, w której nikt nie zwraca na niego uwagi. Po pracy raczy się pornografią i zasypia, marząc o idealnej miłości. Uzależnienie od matki, tutaj pokazane w sposób absurdalne chory, ogranicza bohatera, nie pozwalając mu na normalne funkcjonowanie w społeczeństwie.

Dekadencja rzeczywistości widoczna jest nie tylko w relacjach z innymi, ale również w samych bohaterach. Architekt, człowiek sukcesu, korporacyjny dandys Jacek Barcz z tekstu „Uderz mnie” jest tego bardzo dobrym przykładem. W środku przeciętniak, prostak raczej, chłopina – poczciwina, zmuszony jest do udawania przed całym światem wysublimowanego przedstawiciela współczesnej, skarlałej arystokracji, której wielkopańskość polega na jedzeniu sushi, prawidłowym akcentowaniu słów i szarmanckości wobec potencjalnych kochanek. Świat spsiał i taką mamy arystokrację, na jaką sobie zasłużyliśmy. Tragedia, jaką kończy się tekst, nie bierze się tylko z działania narkotyków, które bohater zażywa, chcąc zasilić współczesną, korpo – bohemę, ale również z rozdwojenia jaźni. Jej przyczyną jest notoryczna gra, przed innymi, a przede wszystkim przed samym sobą. Tytułowy tekst, najłagodniejszy i najbardziej wyciszony, ukazuje z kolei człowieka przygniecionego rodzinną tragedią, który chce uciec od rzeczywistości. Bohater sam już przestaje ufać w to, co go otacza. Nie wie, czy rzeczywistość, którą widzi, jest przywidzeniem, czy prawdziwym światem.

Dominuje w tych tekstach brzydota. Krew, flaki, ślina. Jedynie ostatni, wspomniany przed chwilą tekst, daje wytchnienie od nagromadzenia turpizmu i biologizmu. Bo jeśli człowiek jest ciałem, jest i zwierzęciem. Ucieka, wiedziony przez instynkt przetrwania w opowiadaniu „Ona płynie w moich żyłach”. Rozpaczliwie szuka reproduktorki, niczym Włodzimierz Kurczyk. Podlega instynktowi walki, mszcząc się niczym Masara na swoim prześladowcy z młodzieńczych lat. Człowiek przedstawiony w tych tekstach to niewolnik, a przed oprawcą nie ma ucieczki. Oprawcą może być szkolny kolega, zaborcza matka, syn nieudacznik, córka – wampir, drugie ja, ale przede wszystkim jest nim ciało – niedoskonały worek na krew, podroby i flaki.

Szczepan Twardoch, Tak jest dobrze, wyd. Powergraph, Warszawa 2011, ss. 233.

Pisanie powieści obyczajowych wydaje się jednym z najtrudniejszych zadań, które stoją przed młodym, bądź młodym inaczej literatem. Kiedy przychodzi do opisywania pokoleniowych lęków, marzeń czy idei, najczęściej ucieka się w drwinę, ironię, groteskę. Słowem, pisze się Gombrowiczem. A szkodnik ten, który wyrządził naszej literaturze tyle zła, co według niego samego Henryk Sienkiewicz, powinien już dawno zniknąć z pola widzenia. Jak widać, nie znika, bo gówniarstwo i szydera są proste. Nie wymagają żadnej analizy rzeczywistości. Ani umiejętności konstruowania fabuły. Te dwie istotne sprawy daje fantastyka. Orbitowski z niej wyrósł, siedzi tam jeszcze jedną nogą, ale całym ciałem pozostaje już po stronie realizmu. I bardzo dobrze, bo fantastyka dała mu narzędzia, które pisarz może wykorzystać, opisując losy swoich postaci. Dała mu precyzję, wyobraźnię, logiczność wywodu i jasność przekazu, czyli coś, do czego nigdy nie będą zdolni nasi zapatrzeni w Gombrowicza postmoderniści.

Najnowsza powieść Łukasza Orbitowskiego „Szczęśliwa ziemia” jest bodajże najlepszą rzeczą, jaka wyszła spod jego pióra. To się, oczywiście, może przewartościować. Może kiedyś uznam, że lepszy jest jednak „Święty Wrocław”, ale na dzisiaj żadna zmiana się nie zanosi. Elementy fantastyczne, inaczej niż w wyżej wymienionym tytule, czy w „Tracę ciepło”, nie stanowią już najważniejszego elementu fabuły. Są one podwaliną wszystkich wydarzeń, ale ciekawsze – niż rozwiązywanie zagadki tytułowej szczęśliwej ziemi – jest śledzenie losów czterech przyjaciół, których życie rzuciło w różne strony Europy: do Krakowa, Warszawy, Kopenhagi. Ostatni z nich został w rodzinnym mieście Rykusmyku, fikcyjnej miejscowości leżącej na Dolnym Śląsku, gdzieś między Legnicą a Wałbrzychem.

Orbitowski zawsze miał dobry węch i dzięki niemu w plastyczny sposób potrafił opowiadać. Tutaj, w „Szczęśliwej ziemi”, jest podobnie. Opisując poszczególne miasta, pisarz kreśli mocne, sugestywne charakterystyki. I oto widzimy Rykusmyku jako nieco zapyziałe, zdychające miasteczko, gdzie poupadało większość lombardów, a przemysł znikł jeszcze wcześniej. Warszawa zaś to królestwo szybkiego życia, kokainy, łatwych (również do stracenia) pieniędzy. Kraków to mieszczańskie terytorium, w którym egzystuje się powoli, a Kopenhaga to miasto łatwych i płytkich miłości. Tyle, że Orbitowski potrafi wprowadzić do tych opisów taki pierwiastek, który nie czyni z charakteryzowanych miejsc czegoś stereotypowego. Upraszcza na potrzeby powieści, ale z drugiej strony wierzymy w te opisy i znając te miejsca, potrafimy rozpoznać klimat, który z nich emanuje. Bardzo filmowa to proza i przecież nieszczególnie skomplikowana, ani językowo, ani fabularnie.

Bohaterowie są ludźmi w wieku pisarza; urodzeni w latach 70. starają się złapać rzeczywistość za łeb i z nią walczyć. Gorycz ich doświadczeń powoduje, że obraz generacji X, jak na to pokolenie zaczęli mówić Amerykanie, jest gorzki i niespecjalnie optymistyczny. Dzieci późnej komuny próbują odnaleźć się w nowoczesnym świecie i szukając miłości, pieniędzy, przyjaźni, zyskują bezwartościowe wydmuszki, albo sami nie potrafią utrzymać poszukiwanych wartości przy sobie, gdy już na nie trafią. Fantastyczna legenda, która istnieje w fabularnym tle powieści, tylko potęguje te problemy. A główną, nierozwiązywalną zagadką nie jest ta, która wyłania się z wczesnośredniowiecznej historii, ale kwestia dotycząca spełniania się życzeń. Orbitowski stawia problem adekwatności naszych oczekiwań wobec rzeczywistości do ich realizacji. Najczęściej okazuje się, że spełnione marzenia realizują się w sposób literalnie prawidłowy, ale w praktyce są dalekie od tego, co sobie wymyśliliśmy. Los okazuje się wystarczająco ironiczny i szyderczy, że pisarz nie musi dodatkowo naśmiewać się ze swoich bohaterów. Oni sami są wystarczająco żałośni i śmieszni. Ludzie sukcesu, ludzie interesu, wolni strzelcy, którzy myślą o sobie w kategoriach humanizmu: człowiek jest miarą wszech rzeczy, okazują się tylko słabymi jednostkami, którym życie ucieka przez palce. Uwierzyli w moc legendy i samych siebie, a teraz muszą zbierać swoje nędzne resztki z podłogi.

Ludzie z pokolenia opisywanego w „Szczęśliwej ziemi” są samotni, ich życiem nie rządzą żadne z trwałych wartości: etyczne, religijne, społeczne czy filozoficzne. Starają się tak po ludzku wyrwać z nędznego rodzinnego Rykusmyku, stają się dorośli, znajdują odpowiedzialną pracę, ale w środku pozostają wciąż naiwnymi chłopcami słuchającymi metalu. Ten ostatni spaja ich zainteresowania, bohaterowie słuchają Slayera, Judas Priest, w zależności od stopnia zamożności mogą to robić albo przez słuchawki laptopa, albo za pośrednictwem luksusowego gramofonu firmy Bang & Olufsen. Metal, nawiasem mówiąc, jest cichym bohaterem sporej liczby książek Orbitowskiego. On sam, jako słuchacz ciężkich brzmień, swego czasu zamieszczający felietony w piśmie „Blackastrial”, wie, o czym pisze i dzięki temu kreuje swoje postacie nieco inaczej. Ciekawiej po prostu.

Można, jak widać pisać poważną, obyczajową literaturę, nie odwołując się do naśmiewania się ze wszystkiego dookoła. Nie trzeba, jak pisałem we wstępie, odwoływać się do autora „Kronosa”, który – mam nadzieję – odejdzie za czas jakiś w zasłużone literackie zapomnienie. A jego epigoni zgasną jeszcze szybciej. Pokolenie trzydziestoparolatków, do którego sam się zaliczam, opisane w „Szczęśliwej ziemi”, jest w dużej mierze właśnie takie jak na załączonym obrazku. Jedną nogą stoimy w komunizmie, pamiętając tamten okres z czasów dzieciństwa, drugą kończyną kopiemy kapitalizm i jesteśmy rozdarci. Stare wartości, które wyznawaliśmy, rozeszły się po kościach, a nowych na horyzoncie nie widać.

Łukasz Orbitowski, Szczęśliwa ziemia, wyd. Sine qua non, Kraków 2013, ss. 381.

Zabić matkę i brata oraz wyrzec się ojca: to trochę dużo jak na jednego człowieka. Każcie mu potem żyć normalnie, stworzyć związek, normalną rodzinę, wchodzić w zależności z innymi ludźmi. Niechaj opowiada o tym, co robił i przestrzega wszystkich dookoła, aby nie czynili tego, co on. Shin In Guen przeżył to wszystko. Urodził się w jednym z tajnych obozów koncentracyjnych w Korei Północnej. Od dziecka uczony był donosić strażnikom na wszystkich, w tym na swoich najbliższych, z którymi w zasadzie nie czuł głębszej więzi. Trudno o jakąkolwiek więź, gdy priorytetem dla człowieka staje się przetrwanie w sensie biologicznym. Aby nie umrzeć z głodu, trzeba kraść jedzenie, zdobywać dodatkowe porcje – na tym skupia się egzystencja kogoś, kto zamknięty jest w obozie. Stalinowskich gułagów dawno już nie ma, obozy hitlerowskie znikły z mapy Europy jeszcze wcześniej. Natomiast w Korei Północnej nadal istnieją mrożące krew w żyłach ośrodki, z których nie ma ucieczki.

Shin In Guen spróbował uciec. Udało mu się. Przekroczył granicę obozu, najeżoną drutami z wysokim napięciem, przekroczył na rzece Tumen granicę chińską, dotarł w końcu do Korei Południowej. Ale co z tego? Tadeusz Borowski, po pobycie w obozie niemieckim, w latach 50. odebrał sobie życie. Baczyński w czasie wojny pisał w „Pokoleniu” o sercu twardym jak głaz, Różewicz jeszcze dobitniej określał sytuację ocalonych z czasów światowej pożogi: wartości, które wyznawano przed wojną, po niej przestały istnieć, zatarły się. A co mamy powiedzieć o człowieku, który w nieludzkich warunkach obozu koncentracyjnego przyszedł na świat, w nim się wychował, pracował, cierpiał? O człowieku, który w wieku dwudziestu lat dowiedział się, że ziemia jest kulą i że istnieją na niej jeszcze inne państwa jak Korea Północna. Shin do tej pory nie potrafi mnożyć ani dzielić. Ledwo dodaje i odejmuje, czyta, ale sporej części komunikatów nie rozumie. Blaine Harden, amerykański reporter, pisząc „Urodzonego w obozie nr 14”, chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, że obóz aż tak bardzo wpływa na człowieka. Ktoś, kto nie doświadczył tragedii, nawet pośrednio, jako członek narodu poddanego traumatycznym przeżyciom pokoleniowym, nie zrozumie tego, co dzieje się w umyśle osoby tak potwornie dotkniętej przez zło.

„Urodzony w obozie nr 14” to kolejna książka opowiadająca o tym, co dzieje się za żelazną kurtyną najbardziej odizolowanego państwa świata – Korei Północnej. Książka dobra – przyznać to trzeba, nawet gdy jej autor do końca nie jest w stanie wejść w świat osoby, którą opisuje. My też nie potrafimy tego zrobić, aczkolwiek w naszej historii nie brak traum. Harden się stara; rozmawiał z Shinem przez parę lat, zbierał informacje o północnokoreańskim reżimie, więc nie można nazwać go laikiem, czy człowiekiem nieprzygotowanym do pracy. Autor słucha, chce zrozumieć i udaje mu się to na tyle, na ile jest w stanie. Jednak skłonność do happy endów każe mu wnioskować pozytywnie i widzi on przyszłość Shina w jasnych barwach. To pewnie dobrze, szlachetnie i humanitarnie, ale przed bohaterem o wiele dłuższa droga, niż się amerykańskiemu dziennikarzowi wydaje. W wieku 14 lat Shin In Guen zadenuncjował obozowym strażnikom własną matkę i brata. Stało się tak dlatego, że odkrył, iż gotują oni potajemnie ryż i planują ucieczkę. Zazdrość o jedzenie oraz wychowanie w okrutnych warunkach spowodowały, że Shin doniósł. Kilka miesięcy później widział egzekucję obojga.

Północnokoreańskie obozy byłyby do dzisiejszego dnia głęboko skrywaną tajemnicą reżimu Kimów, gdyby nie zdjęcia satelitarne, na których odkryto kompleksy baraków i całe fabryki należące do tych ponurych instytucji. Obozy te niczym nie różnią się od Auschwitz – Birkenau, Majdanka czy kołymskich łagrów. To obliczone na eksploatację niewolników przedsiębiorstwa, z których – jeśli przyszło się na świat – już się nie wychodzi. Zresztą wyjście w innym przypadku również jest prawie niemożliwe. W miejscach tych stosuje się wymyślne tortury, panuje w nich chroniczne niedożywienie, poza tym na więźniach przeprowadza się przeróżne eksperymenty. Josef Mengele mógłby się wiele nauczyć. Trafiają do nich osoby, którym postawiono zarzuty przestępstw politycznych, a jest to w Korei bardzo szerokie spektrum przewin. Oprócz osoby będącej sprawcą, do obozu trafia najczęściej cała jego rodzina. Pamiętać należy jeszcze o jednym: Korea Północna jest państwem kastowym, zwykła odmiana komunizmu nie ma w nim więc racji bytu. Nie można – jak w przypadku państw europejskich w okresie stalinizmu – odpokutowawszy swoje grzechy, przejść na służbę dyktatorskiej władzy. Tu los jest niezmienny. Bycie pariasem systemu powoduje w najlepszym przypadku powoduje społeczne wykluczenie. W najgorszym – śmierć.

Jednak nie na Korei Północnej kończą się tragiczne obserwacje Blaine Hardena. Smutną konstatacją jest fakt, że w sąsiednim, bratnim państwie los braci uwięzionych przez Kimów na prawie nikim nie robi wrażenia. Ogłupione k-popem nastolatki, zabiegane i sfrustrowane korporacyjne szczury nie mają na to czasu? Wyobraźni? Sumienia? Shin, przebywając w Korei Południowej, jak większość jego rodaków, nie znalazł sobie miejsca, nie mówiąc już o głębszym współczuciu. Wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Następnie powrócił do Azji. Rolniczy kraj, który dokonał gigantycznego skoku technologicznego, wzbogaciwszy się ogromnie, nie daje sobie rady ze społecznymi skutkami tego przełomu. Odsetek samobójstw w Korei Południowej jest jeszcze wyższy niż w Japonii, gdzie odebranie sobie życia stanowi przecież element honoru. Gdzie tam jeszcze przejmować się ziomkami z północy? Stosunek bogatych Amerykanów i Koreańczyków do ludzi uwięzionych w reżimie Kim Dzong Una to pseudo-przyjacielskie poklepywanie po plecach, nieco wzruszeń, modlitw i egzaltacji. Na jałową, północnokoreańską ziemię, pozbawioną bogactw naturalnych nie spadną bomby pokoju. Nie pojawi się na niej bohaterski, obdarzony śnieżnobiałym uśmiechem Jankes. Nikt nie uratuje mieszkańców państwa – obozu przed – tym razem nie domniemanym, jak w Iraku – ale prawdziwym terroryzmem.

Blaine Harden, Urodzony w obozie nr 14: Z Korei Północnej długa droga do wolności, tłum. M. Antosiewicz, wyd. Świat Książki, Warszawa 2013, ss. 248.

Tekst pochodzi z portalu wNas.pl. Kultura jest w każdym w nas.
Dla laika II wojna światowa w Polsce przebiegała następująco: 1 września 1939 roku napadli na nas Niemcy, dwa tygodnie później to samo zrobił Związek Sowiecki, a sześć lat od rozpoczęcia działań militarnych doczekaliśmy się wyzwolenia. Polacy ofiarnie walczyli – w lasach, na Zachodzie, ale i wspólnie z Armią Czerwoną. Przepędziliśmy nazistów i doczekaliśmy może nie do końca wolnej, ale spokojnej Polski. O co tu się więcej spierać – spyta laik. A jest o co. Im dalej od czasów najkrwawszego wydarzenia w światowych dziejach nowożytnych, tym więcej pojawia się niuansów lub opinii dotychczas niedopuszczanych – w myśl politycznej poprawności – do głosu. Jednym z takich głosów, już nie wołających na puszczy, ale wciąż pozostających w mniejszości, jest tekst „Pamiętników” Adama Ronikiera, szefa Rady Głównej Opiekuńczej – charytatywnej instytucji, która działała w Generalnej Guberni w latach 1939 – 45.

Czym była RGO? Jako instytucja charytatywna, Rada zajmowała się wszelkimi działaniami wspomagającymi Polaków podczas okupacji niemieckiej. Organizowała dożywianie w więzieniach, budowała sieć placówek opiekuńczych dla dzieci, wstawiała się u władz Rzeszy za aresztowanymi i skazanymi na śmierć polskimi patriotami. Przy czym, zaznaczyć trzeba, instytucja ta działała w Generalnej Guberni oficjalnie, z poparciem władz III Rzeszy. Pojawia się więc pierwsza sporna kwestia, którą jest współdziałanie z okupantem. Lektura „Pamiętników” pozwala bardzo szybko rozwiać te wątpliwości. Adam Ronikier, jako patriota kochający Polskę, działa dla jej dobra i jeśli sprawa wymaga napisania memoriału, chociażby do gubernatora, rezydującego na Wawelu Hansa Franka, autor pismo takowe sprokuruje. To, co charakterystyczne dla działań RGO, nazywa Ronikier legalizmem. Jak wspomina na kartach swoich memuarów, nigdy nie był lojalny wobec władz niemieckich, pozostając tym dla swojej ojczyzny, musiał przestrzegać litery prawa narzuconego przez Hitlera, aby ugrać coś dla cierpiących i prześladowanych rodaków.

Nasze myślenie o II wojnie światowej (oraz o innych, dawniejszych konfliktach) zasadza się najczęściej na dualizmie. W myśl jego albo coś pozostaje czarne, albo białe; brak stanów pośrednich, brak dyplomacji. Szabelka, na koń i jakoś to będzie – jak wspominał Mickiewiczowski Sędzia. Ronikier wskazuje i niejednokrotnie udowadnia, że takie działania nie przynoszą spodziewanego efektu, co więcej, mają one skutek wprost przeciwny. Jako jeden z dowodów autor przytacza zasłyszaną historię o wysadzonym przez partyzantów pociągu, w którym znajdowało się… dwóch Niemców oraz sześćdziesięciu Polaków. Naturalną konsekwencją tego nieprzemyślanego działania było rozstrzelanie osiemdziesięciu naszych rodaków. Taka odpowiedzialność zbiorowa była czymś, co Ronikiera niezwykle bolało, w pertraktacjach z władzami okupacyjnymi niejednokrotnie podnosił on tę kwestię, spodziewając się jej zaprzestania. Punktem kulminacyjnym toku myślenia autora są karty poświęcone powstaniu warszawskiemu, do którego ma on jednoznacznie negatywny stosunek. Rozgranicza jednak dwie rzeczy: widzi bohaterstwo Polaków, nie bojąc się nazywać działań powstańczych jednym z najbardziej heroicznych momentów w historii świata; jako rewers pozostaje jednak gorzkie słowo kierowane do tych, którzy swoimi decyzjami spowodowali wybuch sierpniowego zrywu.

Wpisuje się więc książka Ronikiera w rozgorzały niedawno spór dotyczący zasadności wybuchu powstania warszawskiego, spór, który spowodowało pojawienie się pracy Piotra Zychowicza „Obłęd 44”. Konflikt ten, będący odwiecznym polskim sporem między romantykami, chcącymi bić się w imię idei, niepatrzącymi na konsekwencje, a konserwatystami mającymi na celu oszczędzanie substancji ludzkiej, widoczny jest również w „Pamiętnikach”. Każda ze stron posiada swoje argumenty, jednak fakty przemawiają bardziej za stroną realistów. To, na czym zależało Ronikierowi i RGO, było oszczędzenie jak największej liczby istnień w momencie, gdy walka nie miała już sensu, a decyzje polityczne zapadały daleko w Londynie.

Realizm Ronikiera i jego przenikliwość każą mu nie mieć żadnych złudzeń dotyczących Sowietów. O ile w drugiej fazie wojny mógł autor liczyć na dużą zmianę polityki Niemców wobec Polski (a były według niego takie szanse), to o komunistach zdanie miał jednoznaczne. Partyzantkę komunistyczną w postaci GL/AL nazywał konsekwentnie bandami i nie widział w niej – zresztą słusznie – żadnego motoru mogącego wywalczyć nam niepodległość. Ten realizm i legalizm w zderzeniu z okupantem hitlerowskim, niestety, okazały się nieadekwatne do sytuacji. W momencie, gdy Roniker działał w majestacie i w granicach obowiązującego prawa, Niemcy wystrychali go na dudka, albo podawali sprzeczne interpretacje przepisów. To jest również pewna nowość w optyce tego konfliktu militarnego. W łonie okupanta pojawiały się niejednoznaczne głosy na temat, co zrobić z Polską. Wynikało to z niejednorodności charakterów oraz poglądów mocodawców, ale również było efektem chaosu politycznego, który panował w III Rzeszy, a podyktowany był on między innymi psychopatyczną osobowością Adolfa Hitlera. Z niektórymi Niemcami można było się porozumieć, można było w ich przypadku liczyć na poparcie pewnych żądań. Nawet w Gestapo znajdowali się życzliwi Ronikierowi ludzie, którzy niejednokrotnie przychylali się do jego próśb.

Jest więc pamiętnik Ronikiera zapisem zmagań, jako prezesa RGO, z mało przychylną tej instytucji machiną wojenną. Jest świadectwem człowieka, który dla Polski gotów był sprzymierzyć się z diabłem, chociaż granicy zdrady – co trzeba mocno zaznaczyć – nie przekroczył nigdy. Odmawiał on udziału we wszystkich oficjalnych uroczystościach w Generalnej Guberni. Był aresztowany i przesiedział parę miesięcy w więzieniu. W końcu, co najważniejsze, pomagał swoim rodakom i była to pomoc jak najbardziej wymierna. Są „Pamiętniki” również świadectwem arystokraty, inteligenta, przedstawiciela klasy już nieistniejącej, rozgromionej przez Sowietów. Artystokratyczność Ronikiera to przede wszystkim szacunek do drugiego człowieka, niezależnie od jego pochodzenia: społecznego czy etnicznego, swoisty demokratyzm i umiłowanie prawdy. I wiara: w Opatrzność oraz w Polskę.

Adam Ronikier, Pamiętniki 1939-1945, wyd. Literackie, Kraków 2013, ss. 407.
Na początku było wyzwolenie. Od faszyzmu – jak chce oficjalna wykładnia, najpierw ZSRS, teraz Federacji Rosyjskiej. Po wyzwoleniu nastał pokój. Biały gołąbek wzleciał w niebo i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Nie było więcej wojen, kobiety rodziły dzieci, mężczyźni ochoczo wzięli się do pracy, budując Ludową Ojczyznę. Prawie siedemdziesiąt lat później pewien „student – ignorant” – jak wyraził się o nim profesor Marcin Kaleciński z gdańskiej ASP – stworzył rzeźbę przedstawiającą sowieckiego żołdaka gwałcącego kobietę. Dzieło swoje ów żak zatytułował prowokacyjnie „Komm, Frau”. Zawrzało w środowisku artystycznym. – Jak tak można? – pytały zszokowane panie artystki. – To barbarzyństwo! – krzyknęli krytycy między zachwytem nad „Adoracją” Markiewicza, a pokłonami przed panią, która udawała, że rodzi lalkę Barbie (Alicję Żebrowską). Do akcji wkroczyła prokuratura, niestety, nie utarła nosa niesfornemu studentowi, gdyż nie dopatrzyła się znamion przestępstwa. A tymczasem gwałty dokonywane przez czerwonoarmistów były faktem i nie da się im zaprzeczyć. Było o nich w „Róży” Smarzowskiego, a teraz pisze o tym Hans von Lehndorff.

Jego „Dziennik z Prus Wschodnich” to zapis wydarzeń, które rozgrywały się w latach 1944-47 (tytuł jest mylący) na ziemiach przed wojną należących do Rzeszy; po jej zakończeniu część z nich trafiła do Polski, a pozostałe obszary weszły w skład Obwodu Kaliningradzkiego. Po raz pierwszy notatki te ujrzały światło dzienne w 1960 roku, czyli ponad pół wieku temu. Nie zyskały wówczas rozgłosu, ale w lokalnym środowisku spowodowały dość duże zamieszanie. Niemcy od zakończenia wojny pracowały na to, aby przestać łączyć wybuch II wojny światowej z ich narodem. Zamiast o Niemcach zaczęto mówić o nazistach. Natomiast dziennik Lehndorffa jednoznacznie ukazywał winę własnego państwa i własnej nacji. Jako człowiek nieangażujący się w politykę, niebędący nigdy członkiem NSDAP, chrześcijanin żyjący Ewangelią, autor miał na system hitlerowski dość jasne zapatrywania. Jego rodzina zaangażowała się w zamach na Adolfa Hitlera, a on sam nigdy tego satrapy nie popierał. Trudno było mu mówić o winie. Jego państwo i członkowie jego narodu mieli krew na rękach, on sam był lekarzem, chirurgiem ratującym ludzkie życie. 

Związany z Królewcem, wówczas zwanym Königsbergiem, mieszkał i pracował w tym mieście przez całą wojnę. Jego spokojna egzystencja skończyła się wówczas, gdy w roku 1944 front Armii Czerwonej zapukał do bram. Do tej pory z pewnością nie zdawał sobie sprawy z tego, co jego rodacy uczynili milionom Słowian i Żydów na skrwawionych ziemiach, jak rejon środkowej Europy nazwał historyk Timothy D. Snyder. Nie wiedział nic o obozach śmierci, o eksperymentach medycznych, o eksterminacji polskich elit intelektualnych. Jego życie określała typowa dla członków państw – agresorów moralna dwuznaczność. Niech na całym świecie wojna, byle pruska wieś zaciszna, byle pruska wieś spokojna – myślał von Lehndorff i leniwie egzystował w pięknym, germańskim Königsbergu, mieście Immanuela Kanta. Naiwność takiego myślenia zaowocowała szokiem, gdy weszli Rosjanie i rozprawili się bestialsko z tysiącami niemieckich kobiet, gwałcąc je w pijanym widzie, biorąc rewanż za 22 czerwca 1941 roku. Plan Barbarossa odwrócił się przeciwko wypasionym i tłustym niemieckim blondynom – barbarzyńcy zemścili się trzy lata później. Setki tysiące Niemców musiały uciekać z miejsca swojego zamieszkania, a wypędzani Germanie byli dodatkowo zatapiani na ewakuujących ich statkach. 

Lehndorff jest świadkiem tej powojennej epopei, relacjonuje ją w sposób dość emocjonalny. Widzi tragedię zbezczeszczonych kobiet, jest świadkiem porodów, leczy choroby weneryczne. Najpierw pracuje w zbombardowanym szpitalu, z którego zostaje przewieziony do obozu jenieckiego. Ucieka stamtąd i przedostaje się na tereny administrowane przez Polaków, chociaż z niewielką pomocą sowieckich przyjaciół. Jego spokojne życie leży w gruzach, a on sam, chyba z pomocą własnej wiary w Boga, dość pokornie przyjmuje los, który został mu zesłany. Jako głęboko wierzący chrześcijanin, Lehndorff zdaje się na wyroki boskie, ale również opatrzności pomaga nierzadko, uciekając z opresji. Trzeba przyznać, że człowiek ten w procesie tych niełatwych przecież doświadczeń powoli otwiera się na prawdę, którą dookoła widzi. Nie ma w nim buntu przeciwko zmianom terytorialnym, chociaż ich nie pochwala i z sentymentem wspomina, ratując nieliczne rodowe pamiątki, posiadłości należące przed zakończeniem wojny do jego rodziny. Patrząc od innej strony widać, że narrator powoli zaczyna rozumieć to, co jego rodacy uczynili milionom Polaków. Z początku zdaje się on nie zauważać tej tragedii, skupiając się na własnej, ale gdy poznaje osadników przybywających na Warmię i Mazury widzi, jak wiele oni wycierpieli i że cierpienie to nieodłącznie wiąże się z niemiecką Rzeszą.

Ciekawe obserwacje dotyczą również tego, jak na ziemiach odzyskanych instalowała się ludowa władza. Opisuje Lehndorff milicjantów i ubeków, których się obawia i których nierzadko leczy. Jeśli idzie o Urząd Bezpieczeństwa, nie ma on żadnych złudzeń i nazywa go nie inaczej jak Gestapo. Jako osoba z zewnątrz, widzi jaśniej podczas, gdy wielu intelektualistów przeżywało fascynację komunizmem i padało przed UB na kolana. To chyba szczerze wyznawane i głęboko przeżywane chrześcijaństwo jest dla autora dziennika filtrem nieprzepuszczającym żadnej lewackiej doktryny. Lehndorff złudzeń nie ma, komunizm jest złem, pochodzi od diabła. A biały gołąbek pokoju to parodia Ducha Świętego. Zamiast mądrości przynosi głupotę, za rozum serwuje kult Stalina, a zamiast daru rady sowiecką niewolę.

Hans von Lehndorff, Dziennik z Prus Wschodnich: Zapiski lekarza z lat 1945-47, wyd. Ośrodek Karta, Warszawa 2013, ss. 344.
Jest rok 2010, jeszcze przed Smoleńskiem. Prezydentem Rzeczpospolitej Polskiej jest Lech Kaczyński, premierem – już od prawie trzech lat – Donald Tusk. Janusz Palikot należy, jako lojalny, aczkolwiek nieco ekscentryczny członek, do Platformy Obywatelskiej. Akcje z wibratorem, świńskim ryjem i małpkami miały już miejsce, a przyszły szef Twojego Ruchu prowadzi prywatną wojnę z braćmi Kaczyńskimi. Wojnę, która eskaluje dopiero po feralnym upadku Tupolewa. Walkę, po której polska polityka, również za sprawą Janusza Palikota, przybierze nieznany dotąd wymiar. Walkę, która pokaże, iż można bezkarnie dworować sobie z ludzkiej tragedii i w czasie której spod ziemi wychodzą ludzie pokroju Dominika Tarasa, prowodyra oddawania moczu na znicze i atakowania modlących się staruszek.

Mamy więc rok pański 2010, w którym nikomu jeszcze się nie śni, że może spaść samolot z polskim prezydentem na pokładzie, wszakże te nie spadają. Nikomu również nie śni się, że Palikot może założyć własną partię, bo jest on wiernym pretorianem Donalda Tuska, z którym ten miał – co prawda – drobne problemy, ale składane one były na karb filozoficznego stosunku do życia, które reprezentuje biłgorajski polityk. „Ja” posiada genialny w swej prostocie tytuł. Idealny do ukazania egotyka, człowieka, który w polityce musiał błyszczeć i prowokować. Niczym Gombrowicz, na którego Palikot często się powołuje. Ten literat w mentalnych krótkich gaciach staje się dla bohatera książki wzorem i odwołaniem. Szczególnie gdy rozmawiający z nim Cezary Michalski wymienia prowokacje, które Janusz Palikot w polityce stosował. Jakże pięknie i słodko jest powoływać się na autorytet literacki, na pisarza, który z krótkich majtek nie wyrósł do końca życia i który żył w cieniu własnych obsesji, nie radząc sobie z nimi zupełnie. A stał się idolem, złotym cielcem polskiej literatury, tym samym, co Juliusz Słowacki w „Ferdydurke”. Kiedy pojawia się więc pytanie o zasadność wprowadzania do polityki gówniarstwa i zgrywy, pojawia się deus ex machina. Witold Gombrowicz. I usta krytyków winny się zamknąć.

Dlaczego Palikot? Bo jest inteligentny. Owszem, jest i nikt nie powinien mieć żadnych w tej sprawie wątpliwości. Natomiast cecha ta nie wskazuje na moralność człowieka, ani na jej brak. Jest jedynie narzędziem, dzięki któremu możemy walczyć w dobrej lub złej sprawie. Jest jak nóż, którym pokroimy chleb, albo pochlastamy nielubianego sąsiada. Inteligencja nie oznacza również sprzeczności. A tych widać sporo, szczególnie gdy wiemy, jakie były dalsze losy Janusza Palikota. Odejście z PO, ochłodzenie relacji z Tuskiem, których apogeum były wydane rok później „Kulisy Platformy”, książka jakże inna niż ta, o której mowa w tym miejscu. „Ja” to ciekawy dokument, choćby z tego powodu, że pokazuje pewien moment przed politycznym przesileniem, gdy wydaje się, że polityka ciepłej wody w kranie załatwi wszystko. Komicznie czytać, gdy na uwagi Michalskiego na temat Tuska Palikot ma jedną odpowiedź: premier rządzi krajem w sposób zachodni jako pierwszy szef rządu. Niezwykle szczerze wypadają kawałki, w których biłgorajski filozof tłumaczy dziennikarzowi „Krytyki Politycznej”, że nie warto reformować państwa, bo wówczas wyborcy mogą się na taką władzę obrazić. A wtedy spadają słupki i na karku czujemy oddech znienawidzonego Kaczora.

To jest zdecydowane, ale miękkie przywództwo, władza silna, ale nie korzystająca ze swej siły, aby ludzi pouczać czy wychowywać. Proszę zauważyć, z jakim rozmachem Tusk to zrobił, on nie tylko wprowadził aideologiczną władzę u siebie – mówi o rządzie Tuska Palikot. Dość to naiwne sformułowanie, gdy przypomnimy sobie hecę z kibicami i groźne słowa premiera dotyczące stadionowych bandytów. Tusk Palikota to mąż stanu, który gdy chce, jest łagodny, a kiedy ma ochotę – surowy. To człowiek, który ucywilizował polską politykę, pozbawiając jej anachronicznego pierwiastka ideologicznego, oraz – co ważniejsze – reformatorskiego ducha. W tym obrazku jest dla mnie jakaś głucha, twarda prawda o Tusku, którą odkryłem po godzinach, miesiącach spędzonych w jego otoczeniu. W tym zachowaniu wyrażała się jego bezwzględność, kontrolowana agresja, zawsze świetnie upudrowane, czego symbolem w tej sytuacji był właśnie dobry garnitur. To był prawdziwy Tusk: mieszanina nihilizmu i cynizmu, a z drugiej strony pewnego wdzięku, uroku – pisał sztukmistrz z Biłgoraja o tym samym człowieku rok później, we wspominanych już w tym miejscu „Kulisach Platformy”. Który Janusz P. jest prawdziwy? Ten, który chwali, czy ten, który łaje.

A może ten, wydający prawicowy tygodnik „Ozon”, w którym przeczytać można było teksty Grzegorza Górnego, byłego naczelnego „Frondy”? Może inny, ten mówiący o krwi i spermie na twarzy Grzegorza Schetyny? Janusz Palikot broniący krzyża w Sejmie, czy ten występujący przeciwko niemu? Jeszcze ciekawiej robi się, gdy polityk mówi o lewicy. Chcieli być kontestatorami, więc wzięli lewicowe sztandary. Ale okazało się, że pod tymi sztandarami można robić manifę, a nie iść do władzy. Realną tolerancję, szacunek dla wolności, opiekę nad słabszymi wprowadzają zawsze i wszędzie silne mainstreamowe partie centrowe. Na pytanie Michalskiego, czy jest konserwatystą, Palikot odpowiada: jeśli pyta pan, czy chcę adopcji dzieci dla par homoseksualnych, albo czy uważam aborcję za naturalny sposób rozwiązywania problemu niechcianej ciąży, to jestem konserwatystą.

Kończy się rok 2013, Janusz Palikot walczy z krzyżem, tańczy z posłanką Grodzką i posłem Biedroniem, trzyma w partii Kotlarczyka oraz Ryfińskiego. I wciąż sam sobie przeczy. Smutna jest ta książka, bo widzimy, jak duch literata w krótkich portkach, albo to, co za tego ducha uważa przewodniczący Twojego Ruchu, wpływa na zachowania i polityczne decyzje. Nie wiem, gdzie kończy się błazeństwo, a rozpoczyna poważna gra. Nie mam pojęcia, kim jest Janusz Palikot, bo z tej książki wygląda tylko pewna projekcja tej osoby, niespójna, fragmentaryczna i wzajemnie sprzeczna.

Janusz Palikot, Ja, rozm. C. Michalski, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2010, ss. 253.
Dymać orła białego – śpiewał Tymon Tymański na ścieżce dźwiękowej do „Wesela” Smarzowskiego. W czasie słynnego rzeszowskiego happeningu Totartu – trójmiejskiego aktywu artystyczno – anarchistycznego, który akcje swoje uskuteczniał w smutnych i przaśnych latach 80., wspólnie z Konjem i Sajnogiem mazał się kałem. Innym razem kopulował z godłem w szpitalu psychiatrycznym. Skandalista, buddysta, anarchista, gorszyciel i burzyciel porządku społecznego. Autor discopolowego hitu „Jesienna deprecha” i odnowiciel polskiego jazzu, reżyser powstającego właśnie filmu „Polskie gówno”. Budzący skrajne emocje artysta, z którego poglądami nie sposób się zgodzić, ale niektóre z nich jak najbardziej można przyjąć. Kim jest Ryszard – bo to jego prawdziwe imię – Tymański. Błaznem, hochsztaplerem, gorszycielem? A może wizjonerem, który ma swoje spojrzenie na świat i sztukę?

Obecnie wszyscy gorszą. Klata w Teatrze Starym dokonuje wiwisekcji Strindberga i epatuje golizną na scenie. Zresztą nadzy aktorzy płci obojga nie są na deskach dzisiejszych teatrów niczym zaskakującym. Traktuje się ich jako zło konieczne, które niespecjalnie kogokolwiek może jeszcze zbulwersować. Gorszą gwiazdki popkultury, jak Miley Cyrus, która z ugrzecznionej nastolatki z disneyowskiego „Hannah Montana” wyrosła na zdegenerowaną lalę promującą ćpanie, chlanie i wynaturzony seks. Zgorszono już wszystkich i awangardą byłaby sztuka odwołująca się do tradycji w sposób jak najbardziej poprawny. W takiej sytuacji totartowe eksperymenty Tymańskiego, o których ten sporo w rozmowie z Księżykiem wspomina, są tylko bladym odblaskiem akcji futurystów. Ma szczęście artysta, że przy tym wszystkim posiada poczucie humoru i zdrowy dystans do siebie, gdyż nazywa Totart (zgodnie zresztą z tym, co sami totartowcy o sobie mówili) ariegardą polskiej kultury. Ta, w przeciwieństwie do wyprzedzającej swoje czasy awangardy, jako straż tylna, ma pilnować, aby nikt niczego złego kulturze narodowej nie zrobił na pozycjach zamykających. Mniej parlamentarnego określenia na funkcję Totartu poszukajcie w sieci. Tymon hochsztapler czy śmiały wizjoner? Chyba sami totartowcy obruszyliby się przed nazywaniem ich tym drugim określeniem. Nad ich akcjami unosiły się duchy Gombrowicza i Witkacego, które dziś są przez rodzimych literaturoznawców kanonizowani i stoją sobie na postumentach, brązowi i święci. Ironia losu podpowiada, że ich dzisiejsza rola jest tą ostatnią, którą artyści ci chcieliby grać. No ale nasze uniwersyteckie, humanistyczne mądrale wiedzą lepiej, co jest słuszne, a co niekoniecznie.

Po błazeństwach pozostaje zawsze uczucie niesmaku. Błazeństwo, w odróżnieniu od szczerego śmiechu, zawsze podszyte jest rozpaczą, czy przynajmniej pewnym niepokojem. Totart odzwierciedlał lęki i strachy młodych, którzy nie chcieli ani z komuną, ani z Solidarnością. Błazeństwo jest również narzędziem do ukazania pustki i nihilizmu. I – aczkolwiek ciekawy jestem reżyserskiego rezultatu Tymańskiego – śmiem wątpić, czy jego komedia, o której wspomniałem na początku tekstu, będzie czymś więcej niż tylko błazenadą, mającą przykryć jakieś zaniedbane i puste obszary w duszy artysty. Domorosła ta psychologia, zdaję sobie z tego sprawę, ale być może mam rację i co wtedy?

Jakieś przesłanki ku tej tezie można znaleźć w tej autobiografii. Nieunormowane życie uczuciowe, związki z kobietami, synowie z różnych relacji. Tymański zdaje się nie dostrzegać smutnych skutków, które może będą pokutować w życiu jego dzieci, mieszkających bez ojca, z różnymi matkami. Co z tego, że w jego opinii synowie są szczęśliwi i on sam uważa się za lepszego ojca, niż gdyby mieszkał razem z nimi. Może nic, ale obawiam się, że statystyka nie kłamie. Tymon buddysta również do końca nie przekonuje, chociaż doceniam zaangażowanie w tę filozofię, tak samo jak w sztuki walki. Jednak, czy duchowość Wschodu może cokolwiek dać Europejczykowi? To pytanie, na które odpowiedzi nie dam, bo miejsce ograniczone, a z drugiej strony religioznawcą nie jestem.

Mowa jest w tej książce o Kurach i Miłości, zespołach najbardziej znanych spośród tych, w których Tymański partycypował. Miłość to jazzowa rewolucja, zespół, który od negacji polskiej szkoły jazzu zaczynał, a w końcu trafił na salony, doceniony przez Namysłowskiego, Stańkę czy Ptaszyna – Wróblewskiego, bądź co bądź ikony naszej jazzowej sceny. Kury z kolei zasłynęły swoim drugim albumem „P.O.L.O.V.I.R.U.S”. Pamiętam snobizm studenciaków, którzy w latach 90. podniecali się nowatorstwem i śmiałością rozwiązań formalnych, z którymi spotykali się na tej płycie. Album ten miał być parodią poszczególnych gatunków muzycznych. I był, nawet zabawną, tyle, że irytujący był fakt, że wielu recenzentów piszących o „P.O.L.O.V.I.R.U.S-ie” z nabożną czcią nie zauważyło, że wydany w 1998 roku krążek wcale nie był pierwszym stylistycznym miszmaszem, potraktowanym z sarkazmem i ironią. Weźmy na przykład wydany w 1993 roku album „My są już Amerykany” Piersi, na którym znalazło się miejsce dla heavy metalu, disco polo, piosenek żołnierskich czy punk rocka. Albo Zacier, który na „Konfabulacjach?” w 1994 roku wzbogacił wyżej wymieniony zestaw stylów o reggae czy rock and roll.

Pozostaje pytanie: czy warto? Warto – odpowiadam. Zresztą mam słabość do świrów nawet wówczas, gdy nie zgadzam się z ich poglądami. Poza tym kolejna to porcja najnowszej historii Polski widziana od kuchni, przez pryzmat życia prywatnego: koncertów, działań artystycznych i pozornie nieznaczących dla Wielkiej Historii faktów. A zniesmaczonych tytułem artykułu odsyłam do „Wesela”, tym razem Wyspiańskiego, bo to cytat stamtąd.

Tymon Tymański, Autobiografia: AD/HD, rozm. R. Księżyk, wyd. Literackie, Kraków 2013, ss. 531.
Małe społeczności miewają swoje mroczne tajemnice. Wielokrotnie motyw hermetycznej grupy, sekciarskiej czy małomiasteczkowej, pojawiał się w literaturze, jako wdzięczny i fotogeniczny topos. Ludzie kryją swoje brudy, znają sekrety, których nie ujawniają obcym. Drzwi przed nimi najczęściej bywają zamknięte, a jeśli ktoś ich już do domu zaprosi, nie dokonuje wiwisekcji wspomnień. Bo te trzeba pogrzebać gdzieś w podświadomości. W powieści Szczepana Twardocha obcym jest John Smith, pracownik brytyjskiej agencji wywiadowczej, zaś skrywającymi swoje nieczyste postępki osobami są polarnicy pracujący na Spitsbergenie: Polacy, Norwedzy, Rosjanie. Utwór zaczyna się od klasycznego motywu tajemniczej śmierci. Od zębów białego niedźwiedzia ginie jeden z badaczy, a za moment rozpoczyna się trudne śledztwo.

Nie jest to jednak kryminał. Powieść inaczej rozkłada akcenty i nie wiadomo, ile w tym zamierzonych działań, a ile przypadku. Kryminał trzyma (przynajmniej teoretycznie) w napięciu, które rozciąga się pomiędzy ciekawością czytelnika, który chce wiedzieć, kto zabił, a autorem, który celowo myli tropy. Trochę tego u Twardocha brakuje, ale jak pisałem, nie wiem, na ile „Zimne wybrzeża” są spójną formalnie wizją, a na ile dziełem niezamierzenie chaotycznym. Napięcie, które pojawia się w powieści, ma zupełnie inne źródła. Są to przede wszystkim kwestie polityczne. Akcja dziełka rozgrywa się w 1957 roku, w czasie rządów Chruszczowa, rok po śmierci Bieruta, cztery po zgonie Stalina. Na zimne brzegi Arktyki przybywa tajemniczy bohater, nostalgicznie przywołujący czasy międzywojenne. John Smith, nazywający się w rzeczywistości zupełnie inaczej, jest człowiekiem pogranicza. Wychowany na Śląsku w polsko-niemieckiej rodzinie zdaje się mocować z własną tożsamością narodową. Polskość? Niemieckość? Śląskość? To tylko puste hasła, z których nic nie wynika. Na kryminał więc powieść Twardocha nie wygląda.

Może więc powieść przygodowa w duchu Londona i Hemingwaya? Męska przygoda, fascynacja bronią, ciężkie warunki atmosferyczne, konflikt między życiem a śmiercią – to wszystko wyraźnie rysuje się na palecie utworu śląskiego literata. Polarnicy, ukazani przez Twardocha to grupa silnych mężczyzn o surowym sposobie bycia, niczym ze staroświeckich utworów z okresu belle epoque, w której kobiety nosiły suknie do ziemi, a ród męski polował i przechwalał się swoimi trofeami w oparach whisky bądź w czasie rodzinnego obiadu. Takiego Twardocha już nie ma. Smitha zastąpił morfinista i dandys okupacyjny – Konstanty Willemann. Bohaterowie „Zimnych wybrzeży” nie mówią zbyt wiele, ich powściągliwość w okazywaniu emocji i używaniu słów pozwala na zaakcentowanie wewnętrznych przemyśleń głównej postaci powieści.

A te są niezwykle gorzkie. Człowiek, wyrwany ze swoich korzeni, bijący się z sobą samym o polskość, niemieckość, śląskość, grzebie się w historii i wyciąga wnioski – logiczne, ale w swojej logiczności bolesne. Poziom bólu i poziom logiki rosną proporcjonalnie względem siebie. Dostaje się przede wszystkim postaciom historycznym. Tym, które – jak dzisiaj nasi polityczni włodarze – rządzili, albo raczej próbowali rządzić Polską. A ta ich przerosła, jak zawsze. Chciałem dobrze, a wyszło jak zwykle – mówi Maciej Stuhr w „Weselu” Smarzowskiego. Taka postawa zdaje się przyświecać Beckowi czy Sikorskiemu, aby zatrzymać się tylko na dwóch mężach stanu. Przy czym stan ten zdaniem głównego bohatera „Zimnych wybrzeży” wydaje się cokolwiek nieświeży. Beck w trzydziestym dziewiątym odgrażający się, że nie da ani guzika od płaszcza, a oddal w dwa tygodnie całe państwo, dwa dziesięciolecia ciężkiej pracy całego narodu, ojca i matki Smitha również. Przesrał to wszystko w dwa tygodnie, bo mu się chciało uwierzyć, że są silni, zwarci i gotowi, a Niemcy przewalili się po nich, jakby jechali na piknik.

Smith jest duchowym dzieckiem Józefa Mackiewicza, autora „Drogi donikąd”, antykomunisty i literata nieposiadającego złudzeń w kwestii komunizmu oraz Związku Sowieckiego. Również nie posiada idealistycznych poglądów politycznych, takich, które kazały komendantowi Armii Krajowej Tadeuszowi Komorowskiemu rozkazać rozpoczęcie akcji „Burza”. To faktyczne ujawnienie się przed Sowietami stu tysięcy członków AK było prezentem uczynionym Stalinowi, który mógł oszczędzić swoje wojsko, a po drugie, po zakończeniu działań wojennych wyłapać rękami UB i Milicji „wrogów ludu”. Antykomunista Smith nie jest również chwalcą aliantów. Zdaje sobie sprawę z faktu, że zostaliśmy przez Zachód wyrolowani: I przyszły kolejne porażki: żałosna konspiracja, żałosna ucieczka, żałosne pseudowojsko w Kampaniach Wartowniczych. Kiedy ci dzielni ludzie w czarnych brytyjskich mundurach do swojego nocnego stróżowania dodawali cała wojskową obrzędowość, Amerykanie musieli pękać ze śmiechu, bo uważali ich za kogoś w rodzaju uzbrojonych stróżów właśnie. Ci żołnierze – nie żołnierze, de facto cywilni pracownicy armii Stanów Zjednoczonych prężyli muskuły, stroili ogony i grzebienie niczym koguty, byli tylko chłopcami od czarnej roboty – mówi ustami Johna Smitha Szczepan Twardoch. Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść z torbą paciorków. Zamiast spinać się o to, że potraktowano nas jak najemników gorszego sortu, może zapamiętajmy, aby już nigdy nie dać się wciągnąć w nieswoje wojny. Ale co ja mówię, przecież były już Irak i Afganistan, a nasi cieszyli się z dziurawych Hummerów jak świnia w deszcz.

I chociaż sama intryga nie jest z tej najwyższej półki, bo domyśleć się można rozwiązania akcji, to książka zyskuje właśnie na tych celnych i gorzkich obserwacjach oraz realistycznie odtworzoną atmosferą dalekiej Północy. Ważne są również detale opisu, które odszyfrowuje się niczym kod społeczny przedwojennej Polski i jej etosu. Świat korporacji akademickich, sporów polsko – żydowskich, specyficznej estetyki, honoru i odrobiny szaleństwa, tak charakterystycznego dla klas średniej i wyższej, już dzisiaj nie istnieje. Im od niego jesteśmy dalsi, tym bardziej nas fascynuje. Dla Johna Smitha był żywym punktem odniesienia i powodem rozczarowania jego schyłkiem. Dla nas staje się etycznym i estetycznym wzorcem metra.

Szczepan Twardoch, Zimne wybrzeża, wyd. Dolnośląskie, Wrocław 2009, ss. 246.