Za rodinu, za Stalina – krzyczeli czerwonoarmiści idąc w bój w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Ciekawe, czy krymska samoobrona wydawała z siebie równie wojownicze wrzaski, podmieniając jednak nazwisko krwawego Gruzina na obecnie miłościwie panującego Władimira Putina. Zważywszy na kult jednostki, jakim obrasta obecnie miłościwie panujący prezydent Federacji Rosyjskiej, widać, że taki scenariusz wcale nie musiałby być nieprawdopodobny. O Putinie na polskim rynku ukazało się sporo książek, ja czekam na obiecaną od kilku lat biografię autorstwa znawczyni Rosji Krystyny Kurczab-Redlich. Ale skoro w międzyczasie pojawiła się inna pozycja, czemu do niej nie sięgnąć? Napisana piórem brytyjskiego korespondenta BBC Angusa Roxburgha rzecz może sugerować, iż jest biografią rosyjskiego przywódcy. Natomiast jest ona nie tyle historią życia Władimira Putina, co krótkim zarysem wzajemnych stosunków dyplomatycznych między Stanami Zjednoczonymi a Rosją.

I od razu muszę zaznaczyć, że mimo uproszczeń, które pojawiają się w „Strongmanie” (już sam tytuł stanowi taką banalizację), cieszy mnie fakt, że nie został on napisany przez autora amerykańskiego. W takim przypadku pewnie nie byłoby czego czytać. Jedyne, pogłębione książki o współczesnym obliczu Federacji Rosyjskiej, które miałem w rękach, to dwie pozycje Daniela Kadlera: „Zagubiony kosmonauta” i „Dziwne teleskopy”. Co więcej, lepsze od czegokolwiek, co o tym kraju czytałem. Tyle, że Kadler wtopił się w rosyjski tłum i podejmował się różnych zajęć, a Roxburgh wycierał sobie spodnie na dyplomatycznych fotelach. Jest więc różnica. Jego opracowanie to, jak wspomniałem powyżej, krótki przelot dotyczący wzajemnych relacji między dwoma krajami aspirującymi wciąż do bycia mocarstwami na skalę światową. Przykład ignorancji autora? Proszę bardzo: gdyby Roxburgh spoglądał na świat nie tylko ze swojej, arystokratycznej, brytyjskiej perspektywy, wiedziałby, że określenie „kontynent” używane przez mieszkańców Kołymy na położoną od niej na zachód część Rosji ma inne pochodzenie niż autor insynuuje. Ale to szczegół.

Roxburgh pisze nieźle, jeśli skupia się na kwestiach dyplomatycznych. Opisy spotkań na szczycie, skróty przemówień Putina, relacjonowanie iskrzących momentów – w tym jest dobry. Natomiast, jak każdy niesłowianin, wali na oślep, próbując zrozumieć tak zwaną rosyjską duszę. W momentach naiwności autorowi wydaje się, że wszyscy na świecie kochają demokrację i chcą, aby panowała ona w ich państwach. Nie odrobił brytyjski korespondent lekcji i nie zadał sobie trudu, aby przeczytać chociażby Pipesa, nie mówiąc już o historykach polskich. Ale co on, dumny Brytol, z Polaczkami będzie gadać. Dość, że cytuje – w kontekście Pomarańczowej Rewolucji – Kwaśniewskiego i Sikorskiego. To aż nadto. Wzmiankę o Lechu Kaczyńskim, działającym na rzecz pokojowego rozwiązania konfliktu między Rosją a Gruzją, musiał dopisać polski konsultant książki. Ale dość znęcania się nad biednym autorem, przejdźmy do walorów tego opracowania.

Jednym z nich będzie zapewne fakt, że prezentuje ono, w czytelny i bardzo popularny sposób ostatnie lata historii Rosji: wojny w Czeczenii, zamachy terrorystyczne na Dubrowce i w Biesłanie, zakulisowe działania FSB mające na celu likwidację wrogów systemu, zabójstwa Politkowskiej i Litwinienki, konflikt w Gruzji, w końcu wewnętrzne rozgrywki między partyjnymi frakcjami, zamiany na fotelach prezydenta i premiera, czyli tandem Putin – Miedwiediew. Możemy więc z lotu ptaka popatrzeć sobie na ostatnie dwadzieścia lat naszego wschodniego sąsiada: umacnianie się imperialnej retoryki Putina, flirt z Zachodem, a następnie gwałtowne zerwanie i narastającą niechęć do niego. Jeśli jeszcze ktoś uważa, że Polska (i cała Europa Środkowo-Wschodnia) nie stanowi zadry w oku Putina, to może się srodze zdziwić, czytając „Strongmana”. Wejście naszego kraju, Czech i Węgier, potem zaś państw nadbałtyckich, Rumunii i Bułgarii do NATO, było policzkiem wymierzonym w rosyjskie poczucie dumy – tak ta sprawa wygląda z perspektywy Putina i wielu Rosjan, którzy wciąż żyją odbiciem blasku i chwały ZSRR.

Pozycję tę powinni przeczytać wszyscy, którzy ostatnio uznali Putina za człowieka obłąkanego i niespełna rozumu, a uczynili to w kontekście aneksji Krymu i dalszych zakusów dotyczących Ukrainy. Nie, moi drodzy, to, co zrobiła Federacja Rosyjska, jest po prostu dalszym ciągiem historii opisanej, co prawda pobieżnie i bez zwracania uwagi na niuanse, przez Angusa Roxrurgha. Michaił Gorbaczow, który rozpoczął rozmontowywanie systemu sowieckiego w ZSRR, uznawany jest w Rosji za antybohatera. Stalin zaś w plebiscycie na największego gieroja Matuszki Rossiji zajął miejsce trzecie. To znaczy, znalazłby się na pozycji pierwszej, natomiast, aby uniknąć skandalu, niczym w wyborach do Dumy, dokonano ręcznych przesunięć. Wot, tiechnika! Uroki demokracji suwerennej, jak się patrzy. Borys Jelcyn, który jako jedyny próbował wprowadzić do Rosji prawdziwą, nie sterowaną demokrację, poległ z kretesem i stanowi antytezę obecnego prezydenta. Tamten, otyły alkoholik o mętnym spojrzeniu, a ten bohater gaszący pożary lasów, obłaskawiający polarne niedźwiedzie, judoka, który nie pije i z wód przybrzeżnych Morza Czarnego przypadkiem wyciąga antyczne wazy. Kogo wybiorą Rosjanie? Pytanie to retoryczne, a może i głupie.

Angus Roxburgh, Strongman u szczytu władzy: Władimir Putin i walka o Rosję, GW Foksal, Warszawa 2014, ss. 480.
Paweł Konjo Konnak to znana osobowość polskiego podziemia i nadziemia artystycznego. Związany z trójmiejskim Totartem, który był w latach 80. prawdziwą – jak sami twórcy o nim mówili – ariegardą polskiej kultury. A tak de facto był on awangardą, czerpiącą garściami z futurystów i punkowej bezczelności. Na rynku ukazały się już dwie pozycje poświęcone ogólnie pojętej alternatywy artowej Gdańska i Gdyni. Mowa tu o „Artystach, wariatach, anarchistach” napisanych przez Konnaka wspólnie z Krzysztofem Skibą i Jarosławem Janiszewskim, oraz o „Gangrenie”, tym razem stworzonej przez samego Konja. Dwie poprzednie książki dotyczyły lat 80., natomiast „Karnawał profuzji” wkracza w szalone lata 90., po transformacji ustrojowej, gdy w miejsce siermiężnego komunizmu pojawił się równie siermiężny mafijny kapitalizm z wąsami i łóżkiem polowym. Trzeba przyznać, że edytorsko opracowanie to przygotowane jest wzorowo; to znowu ogromny tom zawierający setki zdjęć, skanów fanzinów i przede wszystkim intrygującą treść.

Natomiast w miarę obcowania z tym tomiszczem, ciężkim niczym cegła z Nowej Huty, pojawia się pewien zgrzyt. I nie jestem do końca pewien, czy jest on winą autora i prezentowanych przez niego treści, czy samej idei Totartu, która – jak każda awangarda – zestarzała się i coraz mniej pasowała do nowych czasów. Przyznać trzeba, że niektóre akcje opisane w poprzednich tomach budzą do tej pory zdumienie i wydają się wciąż obrazoburcze oraz absurdalnie nonsensowne. Anarchiczne prowokacje w środku smutnego reżimu Jaruzelskiego jawiły się niczym łyk ożywczej wody na pustyni. Albo raczej wody z czymś jeszcze. Wprowadzały one do tej ponurej jak myśli komunisty z Komitetu Centralnego rzeczywistości jakiś ładunek groteski, która miała wielką nośną siłę i demontowała system w umysłach ludzi, którym mogło się wydawać, że PZPR będzie rządzić wiecznie. Paweł Konnak opisuje moment, gdy na chwilę skończyła się historia i nagle można było już wszystko. Cenzura, ta oficjalna, upadła i wielu ludzi zachłysnęło się wolnością.

„Karnawał profuzji” jest opisem komercjalizowania się działalności Konja, który z niszowego artysty – performera stał się profesjonalnym showmanem współpracującym z najbardziej znanymi gwiazdami polskiej estrady. Proces, który do tego doprowadził, rozłożony jest na szereg drobnych kroków, w czasie których nie widać wyprzedawania ideałów podziemia, jak powiedziałby zagorzały miłośnik artystycznego undergroundu. Przedzieramy się więc przez dziwaczną dekadę, w czasie której spotykamy postkomunistycznych aparatczyków od kultury, którzy nie rozumieją, że przyszło nowe i wciąż chcieliby organizować rockowe koncerty w salach z krzesłami i z wykorzystaniem zapyziałych wzmacniaczy. Widzimy mozolne, oddolne działania, aby samodzielnie tworzyć i promować alternatywne działania artystyczne. W końcu kapitalizm się rodzi i można wziąć sprawy w swoje ręce. I wreszcie uświadamiamy sobie, że do połowy lat 90. Rzeczpospolita Polska praktycznie nie miała muzyki pop, która teraz zalewa nasze media w najbardziej tandetnej, rodzimej odmianie. Koncerty rockowe cieszyły się ogromną popularnością. W komercyjnych stacjach radiowych można było w paśmie dziennym posłuchać Kultu, Dezertera, Heya, Republiki oraz setek innych kapel, w tym punkrockowych.

Oglądamy więc dziwny, dziwny czas, jak śpiewał Tomek Lipiński. I jeszcze dziwniejszą widzimy woltę światopoglądową, jedną w wersji ciężkiej, drugą – w lżejszej. Opowiada nam Konjo o Zbigniewie Sajnógu, jednym z ojców założycieli Totartu, który stał się jednym z mroczniejszych osobowości sekciarskiej III RP. Z anarchisty w kosmitę – takie to były przemiany. I patrzymy, ale już skromniej na przemianę duchową, którą przechodzi niegdysiejszy twórca „bruLionu”, jednego z najciekawszych pism literackich, które ujrzały światło dzienne w naszym kraju. Robert Tekieli, bo o nim mowa, za moment przestanie być awangardzistą i obrazoburcą, stanie się katolickim radykałem, jednym z nawróconych na chrześcijaństwo demaskatorów popkultury.

Co więc w tym opracowaniu zawodzi? Tak jak wspomniałem, dwie rzeczy. Styl Konja, obrazowy, oparty na absurdalnych skojarzeniach może czasem męczyć, tak jak męczyć zaczyna sam Totart, połykający własny ogon i zachwycający się sam sobą. Zaczynają rozczarowywać dawni bohaterowie walki z idiotyzmem systemu, teraz angażujący się w proaborcyjne agitki. Rozmienia się na drobne humor Big Cyca, powoli wchodzimy w normalność, w której za moment pojawią się koszmarki pseudokabaretowe, a anarchistów nikt nie będzie chciał już słuchać. Drugą kwestią jest formuła tego tomu, która pod koniec zaczyna nieco nużyć: kronika i omówienie, kronika i omówienie, i tak w kółko. Natomiast nie jest „Karnawał profuzji” złą pozycją, szczególnie dla historyka sztuki, a przede wszystkim dla odbiorców kultury, którzy zainteresowani są tym, co dzieje się pod jej powierzchnią. Alternatywny rock, jass, awangarda, happeningi, zlewy poetyckie, sztuki plastyczne – Totart obejmował to wszystko i jest już trwałym śladem w kulturze.

Paweł Konjo Konnak, Karnawał profuzji, Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2013, ss. 464.
Druga wojna światowa jest niewyczerpalną kopalnią tematów. Każdego roku ukazują się setki, jeśli nie tysiące książek poświęconych tym sześciu latom, które trwale zmieniły porządek całego globu. Rzadziej jednak możemy obcować z tekstem, który konflikt ten ukazuje nie z pozycji zawodowego historyka badającego przebieg bitew albo kulisy politycznych decyzji. Norman Lewis zajrzał za tę nieczęsto odsłanianą kurtynę i opisał życie codzienne w okupowanym przez aliantów Neapolu, na przełomie lat 1943-44, w momencie rozmontowania przez nich faszystowskiego państwa pod wodzą Mussoliniego. W tym samym czasie w Polsce pryskają złudzenia dotyczące przyszłego porządku kraju, ponieważ coraz więcej wiadomo o nowym ustroju, który został nam „podarowany” w Jałcie. Natomiast Włochy połowy wieku XX to kraj w pełni zachodni pod względem politycznym, ale zupełnie nietrzymający się zachodnich standardów w kwestiach społecznych i religijnych. Z takiego zderzenia rodzi się fascynujący dokument.

Wojna wszędzie wygląda identycznie, więc Lewis szczędzi nam relacji z tego teatru, tym bardziej, że w Neapolu nie ma frontu. Kim jest autor tego reportażu? To młody angielski pracownik wywiadu wojskowego, który pod koniec 1943 roku trafia na południe Włoch jako element sztabu armii Stanów Zjednoczonych. Jego zadaniem będzie lustracja miejscowej ludności. Lewis zacznie przeglądać tony donosów na sąsiadów, zbierze grupę informatorów, którzy chętnie opowiedzą o miejskich brudach, czy zadenuncjują za kilka konserw nielubianego kochanka żony. Szybko dojdzie do wniosku, że jego praca jest tak potrzebna jak piasek na pustyni. Spostrzeże absurd nie tylko swojego zajęcia, ale również całej wojny, która od początku dziejów oszczędza królów i generałów, a kosi (ta śmierć) ludność cywilną, w tym kobiety, dzieci i starców. Okrucieństwo opisywane przez Lewisa pozbawione jest patosu, pojawia się nieśmiało, jako jeden z elementów układanki, którą jest egzystencja w południowych Włoszech. Gwałty, znęcanie się nad więźniami i jeńcami to nie tylko domena sowieckich hord barbarzyńców, to nieodłączna część wojny, o czym nie chcą pamiętać jej romantyczni obrońcy.

Spojrzenie na wojnę, z którym spotykamy się w „Neapolu ‘44” bliskie jest obserwacjom Josepha Hellera w „Paragrafie 22”. Zawsze obrywają ci, którzy zawinili najmniej, a główni prowodyrzy grzeją tyłki w cieple sztabowych pokojów. W całym reportażu nikt ani razu nie zająknął się o bohaterstwie. Na takie frazesy może pozwolić sobie dobrze odżywiony generał, któremu włos z głowy nie spadnie. Natomiast ci, którzy dostają po dupie, czyli cywile, chcą po prostu przetrwać i nie w głowie im bajeczki o obronie ojczyzny. Za takie podejście próbowano zniesławić Białoszewskiego, który w „Pamiętniku z Powstania Warszawskiego” przedstawił punkt widzenia obserwatora kryjącego się po piwnicach. O sensowności tego zrywu pisał już Zychowicz, więc zamilknę, tym bardziej, że moim zadaniem jest przybliżenie książki Lewisa.

Co w niej uderza najbardziej, to obraz Włoch. Czytając tę niewielką pozycję, uświadomiłem sobie poziom mojej niewiedzy w kwestii Italii. Autor fascynująco opisuje relacje międzyludzkie, bardzo specyficzne, oparte na specyficznej mieszance średniowiecznego honoru, chrześcijańskiego (w wydaniu katolickim) miłosierdzia oraz mafijnej mentalności. W końcu rejon, w którym przyszło mu przebywać, nazwany został pasem Camorry – włoskiej mafii opisanej kilka lat temu przez Roberta Saviano. „Neapol ‘44” ma więc walory nie tyle historyczno – wojenne, co etnograficzne i antropologiczne. Lewis zauważył w swojej książce charakterystyczne dla neapolitańczyków podejście do seksu, zwracając uwagę na zjawisko powszechnej prostytucji. Dobrze potrafił oddać ducha tej południowej metropolii, nazwanej kilkakrotnie wioską. Zauważył jej hermetyczność, mimo pozornej otwartości Włochów. Ta odrębność kulturowa, zupełnie nieeuropejska zaczyna pod koniec wciągać autora i budzić jego coraz większe zaciekawienie. Szalony, pogański katolicyzm z procesjami biczowników, coroczne oczekiwania na cud rozpuszczającej się krwi świętego Januarego, płaczące krwią kamienie – to coś egzotycznego nawet dla ludowej religijności w Polsce.

I mnogość ludzkich typów niczym z „Dekameronu”: drobne cwaniaczki, zawodowy wujek z Rzymu wynajmujący się na pogrzeby, tajemnicze wdowy, nierządnice o niewinnych uśmiechach. Dziesiątki romansów z oszołomionymi tą odmiennością brytyjskimi żołnierzami i sprytnymi Włoszkami. A w tym wszystkim echo świetności Rzymu i Grecji, złowieszcze pomruki Wezuwiusza, picie wina, o którym pisał już Horacy – tak pisałby Herbert swojego „Barbarzyńcę w ogrodzie”, gdyby zawitał do Italii w tym czasie, co Lewis. Zresztą pióro tego ostatniego nie pozostawia wątpliwości: kiedyś umiejętności w tym zakresie były większe. Znajdźcie mi dzisiaj oficera wywiadu, który posługuje się tak precyzyjnym, a dodatkowo poetyckim językiem. Z tego powodu „Neapol ‘44” czyta się jak powieść.

Lewisowi nie brakuje empatii, szczególnie gdy zaprzyjaźnia się już z mieszkańcami i zaczyna rozumieć ich osobliwy świat. Pisze wtedy: ponad rok temu uwolniliśmy ich od faszystowskiego monstrum, a oni wciąż robili dobrą minę do złej gry – głodni jak zawsze, nękani chorobami bardziej niż kiedykolwiek, w ruinach pięknego miasta, w którym przestało istnieć prawo i porządek. I w imię czego to wszystko zrobili? W imię odrodzenia demokracji. I po kilku zdaniach dodaje: w porównaniu z dzisiejszą sytuacją rządy Benita Mussoliniego muszą im się wydawać rajem utraconym. Niech te zdania zapamiętają wszyscy obrońcy rzekomo najdoskonalszego ustroju na świecie, którzy mając na ustach okrągłe frazesy, niszczą w nieswoich państwach zastany porządek, który wydaje się im zły i niemoralny.

Norman Lewis, Neapol ’44: Pamiętnik oficera wywiadu z okupowanych Włoch, tłum. J. Ruszkowski, wyd. Czarne, Wołowiec 2014, ss. 212.
Jeśli spróbować by wskazać dziesięciu najbardziej wpływowych i znaczących wykonawców muzyki rockowej, musiałby wśród nich znaleźć się zespół Joy Division. Nie wyobrażam sobie, aby mogło być inaczej. Ten, założony w drugiej połowie lat 70. band, który wydał zaledwie dwie studyjne płyty, okazał się katalizatorem przemian zachodzących w rocku. I chociaż nie wyszli poza lata 70., bo drugi album „Closer” ukazał się w roku 1980, będącym ostatnią wiosną siódmej dekady XX wieku, stali się ojcami chrzestnymi muzyki postpunkowej, nowofalowej, gotyckiej. Patrząc dzisiaj na komercyjne sukcesy Editors, White Lies, lekko zakurzonego Interpolu, czy twórcze poszukiwania awangardzistów z amerykańskiego Soft Moon, nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie istnienia tych zespołów bez skromnego dorobku kwartetu z Manchesteru. Na polskim rynku ukazała się właśnie druga pozycja dotycząca wymienionych w poprzednim zdaniu muzyków. Pierwszą z nich była książka żony Curtisa, Deborah, wydana pod tytułem „Przejmujący z oddali”. Teraz otrzymujemy rzecz pisaną równie z bliska, ponieważ jej autorem jest basista kapeli Peter Hook.

Wielka Brytania drugiej połowy lat 70. to kraj wstrząsany paroksyzmami punkowej rewolty artystycznej. Malcolm McLaren i jego „boysband” zwany potocznie Sex Pistols rządzą na tamtejszej scenie. Równie wielką estymą cieszą się bardziej stonowani The Clash, The Damned czy The Undertones (płaczący za mamami na miesięcznej trasie koncertowej!). Ruszono z posad bryłę świata, wysyłając w kosmos artystowskie granie o siedmiu zbójach, czyli tak zwany rock progresywny. Młodość dodała punkowcom skrzydeł, ale romantyczna energia pulsująca w nagraniach młodych grup podejrzanie szybko zaczęła się wytracać. W takich warunkach powstaje kolejna załoga punkowa, grupa Warsaw, której trzonem jest właśnie autor książki, grający na basie Peter Hook. Przeciwnicy punk rocka, jako muzyki o robotniczym, plebejskim rodowodzie, znajdą w jego książce argumenty za tym, dlaczego słuchają Yes, a nie Buzzcocks. Hook nie szczędzi nam wrażeń i opisuje całą otoczkę nowego muzycznego ruchu: anarchizm obyczajowy, notoryczne łamanie prawa, bójki i wszechobecny syf małych, zapyziałych klubów muzycznych. Koncert bez mordobicia? Zapraszamy na Pink Floyd! Punkowcy krew lubili i lubili, gdy było głośno. Lumpenproletariat szalał, nikomu nie śnił się jeszcze intelektualnie zaangażowany punk w klimatach dzisiejszych miłośników „Krytyki Politycznej”.

W takich właśnie warunkach powstaje Warsaw, protoplasta Joy Division, a de facto nie ma między tymi zespołami wielkiej różnicy. Muzycy z pewnych względów musieli zmienić nazwę, pozostając nadal tym samym bandem co przedtem. Hook również aniołkiem nie był, rozrabiał w szkole, dokonywał drobnych kradzieży, bił się z innymi. Ot żywot przeciętnego angielskiego nastolatka z klasy niższej. Dlatego dojście do zespołu Iana Curtisa, człowieka, który czytał Kafkę i chodził do galerii na wystawy, musiało zaowocować silnym fermentem, z którego wyrosła niezwykle oryginalna twórczość. Co jest interesujące, Peter Hook ani razu nie przestaje określać muzyki Joy Division mianem punk rocka. Może to dziwić słuchaczy zespołu, którzy słusznie zaprotestują, że na płytowych nagraniach grupy punka po prostu nie ma. Ale słuchając Warsaw czy wczesnych piosenek umieszczonych na kompilacjach takich jak „Still” i „Substance”, widać, że od surowej stylistyki nie było muzykom daleko.

Hook snuje swoją opowieść, zaczynając od własnej biografii. Jak wspomniałem wyżej, możemy w niej być świadkami ponurej angielskiej rzeczywistości od końca lat 50. do siódmej dekady XX stulecia włącznie. W tym wszystkim widać aspekty życia, które dzisiejszym początkującym muzykom muszą wydawać się wzięte z kosmosu. Szczególnie tym na Zachodzie, bo u nas taka siermiężność wciąż jest na czasie. Co prawda, kłopoty młodocianych grajków chcących rzępolić na trzech akordach były nieporównywalnie mniejsze od tych, które spotykały ich ziomków zamkniętych za żelazną kurtyną, w krajach demokracji ludowej. Jednak wydaje się dzisiaj, że organizacja koncertów, nagrywanie płyt, szczególnie w środowisku kapel alternatywnych, było o wiele bardziej spartańskie niż dzisiaj. Hook obrazowo opisuje przeróżne podejrzane speluny, w których jego zespół grywał aż do końca kariery. Zresztą słowo „kariera” pozostaje wzięte w cudzysłów nie bez powodu. Joy Division związali się z początkującą, niezależną wytwórnią Factory Records i w związku z tym faktem pozostali zespołem artystycznie wolnym. Natomiast ceną, którą muzycy płacili, był brak klasycznie pojętej kariery.

W książce nie może zabraknąć oczywiście głównego aktora spektaklu, którym jest charyzmatyczny wokalista Ian Curtis. Hook konfrontuje jego spiżowy i gotycki wizerunek, który jest jego zdaniem tylko subiektywną opinią przebywającym z nim kobiet: żony oraz kochanki, z ludzkim i nieco niesfornym, chłopackim obliczem ziomka z sąsiedztwa. W jego oczach Curtis nie jest tylko nawiedzonym, nadwrażliwym poetą rocka, ale łobuzem, który potrafi sikać do śmietnika w pokoju hotelowym, albo pokazywać kolegom z zespołu monstrualnie wielką kupę, którą zauważył w szalecie. Zresztą autor wspomina niejednokrotnie, że Curtis zagubił się w rolach, które grał. Zadaje pytanie, czy tak skrajne maski, które przyoblekał wokalista, były szczere w każdym przypadku. Samobójstwo lidera Joy Division do tej pory pozostaje nierozwiązaną tragedią; Hook widzi w nim również swoją winę.

Ważnym elementem książki są objaśnienia do utworów zespołu, chociaż tylko do tych znajdujących się na regularnych albumach – „Unknown Pleasures” i „Closer”. Hook odkrywa także pewną tajemnicę unikatowości brzmienia zespołu. Bez producenta obu płyt, Martina Hannetta, debiut kapeli byłby według autora kolejną punkową płytą opatrzoną banalną okładką i zawierającą takąż muzykę. I mimo faktu, że Hook pozostał czynnym muzykiem, odnoszącym późniejsze sukcesy w reinkarnacji Joy Division, jaką był New Order, odnosi się on do swojej późniejszej twórczości z lekceważeniem, albo i pogardą. Bo legendy pozostają wieczne.

Peter Hook, Joy Division od środka: nieznane przyjemności, tłum. A. Wyszogrodzka, wyd. Bukowy Las, Wrocław 2014, ss. 391.

Tekst pochodzi z portalu wNas.pl. Kultura jest w każdym w nas.

JOY DIVISION od środka. Legendy pozostają wieczne. RECENZJA
Najbliższe tygodnie pokażą, co będzie dalej z Ukrainą. Od kiedy wybuchła eskalacja protestów i przemocy na Majdanie, snuto przeróżne scenariusze. Obecnie sytuacja zmienia się jeszcze szybciej i nie wiemy, dokąd nas zaprowadzi. Tym bardziej warto sięgnąć po książkę Piotra Pogorzelskiego „Barszcz ukraiński”, ponieważ z jednej strony jest ona świeżą pozycją i omawia bieżącą sytuację naszego sąsiada, z drugiej zyskuje walor historyczny, gdyż nie wiemy, czy Ukraina przetrwa starcie z Federacją Rosyjską i jakie będą jej losy. Francis Fukuyama wieszczył ponad dwadzieścia lat temu koniec historii. Jego przykład jest już tak wyświechtany i oczywisty, że niepotrzebnie się na niego powoływać. Jednak warto dzisiaj przypomnieć, że historia nie kończy się nigdy, a wojny wybuchają nawet w czasach, w których wydaje się naiwnym pięknoduchom, że ekonomia załatwi wszystko. Skoro jest dobrobyt, wojny nie będzie. A człowiek to drapieżne zwierzę i nie zawsze kieruje się rozumem.

W ostatnim „Plusie Minusie” (dodatku do sobotnio-niedzielnego wydania „Rzeczpospolitej") Robert Mazurek przeprowadza rozmowę z Włodzimierzem Marciniakiem – politologiem i znawcą problematyki rosyjskiej. Padają w tym wywiadzie uspokajające słowa o tym, że nie będzie interwencji zbrojnej na Ukrainie, że Putin załatwi tę sprawę środkami politycznymi. Ukraina jest państwem skorumpowanym, tak słabym i nieefektywnym, że prawie nieistniejącym – stwierdza Marciniak, a dowody na tak postawioną tezę możemy odnaleźć w omawianej właśnie pozycji. Nie jest ona typowym zbiorem reportaży, w których bohaterem centralnym jest pojedynczy człowiek. Nie jest to także dziennik z podróży, tak charakterystyczny dla naszych powierzchownych czasów. „Ukraiński barszcz” to próba zajrzenia pod powierzchnię, próba zrozumienia liczącego 45 milionów obywateli kraju. Dobrym zabiegiem jest podział książki na kolejne rozdziały zajmujące się szczegółowymi kwestiami. Robi się z tego lekki groch z kapustą, bo obok fragmentów o Wołyniu nagle pojawia się kolejna część poświęcona ukraińskiej estradzie. Jednak ten miszmasz jest nie do uniknięcia w przypadku, gdy chce się omówić temat szeroko, ale przystępnie.

Dla osób zupełnie nieznających realiów współczesnej Ukrainy książka Pogorzelskiego może być dobrym przewodnikiem na rozpoczęcie przygody z tym państwem, jak pisałem wyżej, wciąż (nie wiadomo, jak długo) istniejącym w omawianym kształcie. Kogoś, kto nie zna się na rzeczy, może dziwić fakt, że nawet w zachodniej części państwa popularniejszym od ojczystego jest język rosyjski. Natomiast sytuacja ta nie jest niczym osobliwym, bo na sąsiedniej Białorusi po białorusku nie mówi prawie nikt. Kondycja lingwistyczna jest więc tutaj charakterystyczna dla narodu młodego, jeszcze nie do końca wyemancypowanego z postsowieckiej struktury społecznej. Może dziwić również fakt, że na Ukrainie wciąż hucznie obchodzi się Dzień Zwycięstwa, czyli 9 maja – święto kultywowane w całej Rosji, a wcześniej w bloku państw Układu Warszawskiego. Bo tak naprawdę tylko zachodnie rubieże Ukrainy to świadoma narodowo większość. Im dalej na wschód, tym więcej Rosji.

Jest więc obecny problem z tożsamością. Większość prasy ukazującej się w tym państwie jest rosyjskojęzyczna. Podobnie jest z radiem i telewizją. Jedynie internet pozostaje enklawą ukraińskojęzyczną. Są również problemy z historią. Z jednej strony mamy oficjalną, sowiecką wizję Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, z drugiej skrzywienie nacjonalistyczne, które autor bagatelizuje. Czy słusznie? Okaże się po ewentualnym podziale Ukrainy. W każdym razie Juszczenko, były prezydent, wybrany po Pomarańczowej Rewolucji był jedynym, który oficjalnie mówił o Wielkim Głodzie, który w latach 30. zabił z rozkazu Stalina kilka milionów mieszkańców ówczesnej republiki sowieckiej. Ale ten sam Juszczenko gloryfikował Banderę, odpowiedzialnego za rzeź Polaków na Wołyniu.

Ukraińska kultura leży odłogiem, filmów prawie się nie kręci, w mediach króluje prymitywna popsa – skrzyżowanie naszego disco polo i chamskiego, ordynarnego popu. Scena rockowa zeszła do podziemia. Pieniędzy nie ma. Wybudowano stadiony na Euro 2012; szczególnie ten lwowski nie nadaje się do niczego, gdyż znajduje się za miastem i nie ma odpowiedniej infrastruktury. Zaraz, zaraz, czy obrazek ten czegoś nie przypomina?

Owszem, nieraz łudząco. „Barszcz ukraiński” możemy czytać, co jest interesującym eksperymentem myślowym, jako książkę o III RP. Zegarki Janukowycza jako odpowiedź na chronometry byłego ministra Sławomira Nowaka. Gargantuicznie drogie stadiony w Kijowie i Lwowie. A nasze były takie tanie? Na pewno droższe niż niemieckie. Radio grające odmóżdżającą pseudomuzykę. Jaka jest różnica między zespołem Weekend, Julą, PINem, Feelem czy Michałem Wiśniewskim a ukraińskimi gwiazdkami popsy? Z pewnością, jeśli jakaś jest, bywa nieznaczna. Oligarchowie kontra nasi szemrani biznesmeni z postubeckiego układu? Jeśli wziąć do ręki szkło powiększające i ogarnąć nim nasze problemy, okazałoby się, że od ukraińskich dzieli je tylko skala. Tam korupcja jest gigantyczna i nikt jej nie zaprzecza. U nas schowała się wstydliwie po gabinetach, co nie znaczy, że jej nie ma. Problemy mamy te same, tylko pomniejszone o bizantyjski rozmach oraz kresową fantazję.

I jako dobry żart można odebrać rozdział końcowy, w którym zebrano wypowiedzi ukraińskich obywateli, którzy w superlatywach wypowiadają się na temat funkcjonowania naszego państwa. To tak, jakby czytać wypowiedzi Polaków zachłystujących się amerykańską wolnością albo niemieckim porządkiem. Za chwilę te fragmenty mogą przestać śmieszyć, gdy pojawią się uchodźcy ze wschodu, autentycznie zainteresowani naszym krajem z racji tego, że nie ma w nim wojny. Tylko na jak długo ten pokój?

Piotr Pogorzelski, Barszcz ukraiński, wyd. Helion, Gliwice 2014, ss. 348.

Tekst pochodzi z portalu wNas.pl. Kultura jest w każdym w nas.

BARSZCZ UKRAIŃSKI. Zupa prawie przeterminowana
Beksińscy byli w moim życiu obecni od zawsze. Najpierw Tomasz, dzięki któremu nagrywałem z radia dyskografie The Cure, Depeche Mode, The Sisters of Mercy, koncerty Marillion. Potem Zdzisław, którego malarstwem interesowali się moi rodzice. Początkowo nie wiedziałem nawet, że coś ich łączy, uznając, że to zwykła zbieżność nazwisk. Później, gdy zorientowałem się, że to ojciec i syn, układanka w głowie uporządkowała się. Zacząłem łączyć fakty. Apokaliptyczne malarstwo ojca i wampiryczne zainteresowania syna. Głośna muzyka w pracowni ojca, mroczna w audycjach syna. Gotycka atmosfera prezentowanych w radiu dźwięków i kosmiczna pustka bijąca z obrazów. I kiedy dowiedziałem się o śmierci Tomasza Beksińskiego, jego audycji słuchałem już sporadycznie. A gdy zginął tragicznie Zdzisław Beksiński, zacząłem się zastanawiać nad tajemnicą, która wisiała nad tą rodziną. Pojawiać się zaczęły filmy dokumentalne, reportaże, krótkie notki, ale informacji wciąż było zbyt mało.

Tajemnicy tej dotknęła w swojej książce Magdalena Grzebałkowska. Na ponad czterystu stronach autorka stara się dokonać zestawienia biografii dwóch osobowości. I ojciec, i syn zajmują w tym na poły reportażu, na poły biografii, ważne miejsce. Trudno powiedzieć, kto jest tu bardziej istotny. Wiadomo, kto wydaje się podczas lektury bardziej interesującą postacią. Nie jest to Tomasz, chociaż w latach fascynacji audycjami redaktora nie zgodziłbym się z tą tezą. Tomasz Beksiński po latach wydaje się gasnącą gwiazdą, człowiekiem, w którym więcej rzeczy drażni niż urzeka. Na przykład skrajny egocentryzm, nieprzygotowanie do dorosłego życia, skupienie na własnych przeżyciach, apodyktyczna osobowość, często po prostu chamstwo w stosunku do rodziców. Beksiński junior to podstarzały Werter promujący na falach radiowych spore ilości irytującej, czułostkowej muzyki. Chociaż – i to jest siłą tej książki – obraz postaci jednoznaczny nie jest. To raczej moja antyteza w stosunku do niegdysiejszego zachwytu tym bohaterem.

Poznajemy w „Beksińskich” dzieciństwo obu – seniora i juniora. Czytamy o młodości, jednej powojennej, ascetycznej, wyizolowanej, drugiej, również samotnej, ale w zupełnie innych warunkach materialnych. Biografia równoległa splata wątki, raz wprowadzając na scenę ojca, a raz syna. Dzięki temu zabiegowi możemy prześledzić podobieństwa osobowości dwóch postaci, jak i różnice między nimi. Beksiński – ojciec szczęśliwy mąż jednej kobiety, oddanej mu bez granic Zofii, i Beksiński – syn – wikłający się w przeróżne tragiczne miłosne historie, kończące się nie tylko z winy wybranek, ale często zrywane przez męską stronę tych relacji. Łączy tych bohaterów śmierć. Nie tylko ta dosłowna, ale również ta, którą się fascynowali. Malarz tworzył przede wszystkim naznaczone piętnem śmierci obrazy i rysunki (chociaż nienawidził ich interpretować), a dziennikarz interesował się tym motywem w muzyce: rocku progresywnym, gotyckim, nowej fali czy new romantic.

I chyba było tak, że śmierć dogoniła obu. Chociaż „Beksińscy” nie są dziełem fabularnym, nie zdradzę ostatniej sytuacji, którą opisuje autorka. Dzieje się ona już rok po morderstwie, w którym ginie Zdzisław Beksiński. Włos może się zjeżyć na głowie. Uważny czytelnik wyczyta między wierszami więcej takich metafizycznych nastrojów czy sygnałów. Są one ważnym atutem książki, ponieważ tworzą legendę obu osobowości. Sytuują ich w cieniu śmierci, pod jej czarną gwiazdą. Tak, jakby obaj swoim życiem przywoływali ciemną potęgę, która później ich zgniotła. Jednego sznurem, drugiego finką nastoletniego mordercy. 

Inną ważną składową tego pół-reportażu, tej pół-biografii, jest smutek. Przejmujący smutek panujący nad życiem Zdzisława Beksińskiego. Człowieka o zimnej osobowości, chociaż na swój sposób sympatycznego i niepozbawionego poczucia humoru. Smutek ten gęstnieje po śmierci żony i samobójstwie syna. Chociaż, jak wynika z książki, malarz nigdy nie będzie myślał o samobójstwie. W przeciwieństwie do własnego syna, który z kolei przez całe dorosłe życie podejmował przeróżne próby skończenia ze sobą. Gwiazda Tomasza blaknie przy Zdzisławie. I co by nie powiedzieć na temat wpływu audycji redaktora na tysiące radiosłuchaczy w Polsce, ich autor budzi coraz mniejszą sympatię. Jego pęd do autodestrukcji powodowany miłosnymi rozterkami, ale i problemami egzystencjalnymi, jest czynnikiem, który odpycha i buduje mur. Prawdziwy smutek pozostał wśród żywych, w pustym mieszkaniu, bez żony i bez syna, wśród obrazów i lodówek z jedzeniem. Za moment ten smutek się skończy; z chwilą morderstwa ród Beksińskich przeminie jak łzy w deszczu.

Bardzo dobrą rzecz napisała Grzebałkowska, chociaż zdaję sobie sprawę z faktu, że to tylko przyczynek i biograficzne szaleństwo może dopiero się zacząć. Obaj bohaterowie pozostawili po sobie tysiące listów, zapisków, wideo- i audio-dzienników. Nie wszyscy świadkowie chcieli opowiadać, nie do wszystkich udało się dotrzeć, toteż mam świadomość, że biografia ta może posiadać luki. Jednak nie pozbawia to jej wartości. Wręcz przeciwnie, to fascynująca lektura, w której poznajemy intrygujące, nietuzinkowe osobowości, naznaczone piętnem tajemnicy i grozy.

Magdalena Grzebałkowska, Beksińscy: portret podwójny, wyd. Znak, Kraków 2014, ss. 424.

Tekst pochodzi z portalu wNas.pl. Kultura jest w każdym w nas.

BEKSIŃSCY w cieniu śmierci, pod jej czarną gwiazdą. RECENZJA
Dawno, dawno temu, gdy nie było jeszcze smartfonów, a telefony komórkowe przypominały przenośne radiostacje, pojawiła się globalna sieć zwana internetem. Nie było w niej spamerów, hejterów, hakerów, a wszystkie informacje opierały się na tekście. Nie było banerów, reklam, celebrytów, pudelków i duperelków. Szukając wiadomości, dość szybko otrzymywaliśmy satysfakcjonujące nas dane. Średnia wieku użytkowników sieci oscylowała wokół trzydziestki. Nie było facebooków, twitterów, instagramów, soupów, demotywatorów i kwejków. Obrazki były rzadkością. W tym pierwotnym świecie wymyślono sobie, że oto powstaje nowa, oddolna, demokratyczna struktura, w której zatrą się różnice między twórcą a odbiorcą sztuki. Że nie gwiazdy z pierwszych stron gazet będą budowały alternatywną sieć powiązań, ale te domorosłe, chociaż tak samo ciekawe, o ile nie ciekawsze niż masowe produkty mainstreamu.

No i się zepsuło. Osobiście z sieci korzystam już od prawie dwudziestu lat i gołym okiem widzę różnice. Wiele różnic, w większości na minus. Może to tylko narzekanie konserwatysty, który uważa, że kiedyś było lepiej? A może nie, skoro podobnym nastrojom ulega dziennikarz „Gazety Wyborczej” Wojciech Orliński, człowiek, którego trudno podejrzewać o jakikolwiek cień tradycjonalizmu. A skoro z liberalnej strony padają alarmujące sformułowania, to znaczy, że naprawdę przyszedł czas, aby się bać. Omawiana książka to horror faktograficzny, socjologiczny thriller, napisany przystępnie, rzekłbym nawet, że łopatologicznie, dzięki czemu swój cel osiąga. Najgorsze jest to, że sami się na ten horror godzimy. Wrzucamy do sieci prywatne zdjęcia, w tym takie, których w analogowych czasach nie pokazalibyśmy nawet najbliższej rodzinie. Pół biedy, gdy robimy to sami sobie. Najwyżej to nas nie zatrudnią, bo potencjalny pracodawca wykonał już wyszukiwanie i przejrzał nasze wpisy na Facebooku, na forach, Twitterze czy komentarze pod artykułami. Gorzej, gdy czynimy to innym. Nagrywamy na komórkę starsze, niepotrafiące się czasem wysłowić osoby i kręcimy z nich bekę. Bo to śmieszne, gdy „styrta się pali”, albo „chytra baba z Radomia” podprowadza tanie napoje. Ale mamy wtedy polewkę, aż nas brzuchy bolą.

Nie miejmy złudzeń, że w internecie działa jakakolwiek etyka. Film szkalujący bliźniego będzie powielany na dziesiątkach kanałów na Youtube, a próby jego usunięcia rozzuchwalą tylko młodych barbarzyńców. Polityczna poprawność to jedyna szansa na to, aby żądać wycofania bandyckiego profilu na Facebooku czy filmu wyśmiewającego się z człowieka, którego jedyną „winą” jest fakt, że nie potrafi złożyć do kupy kilku słów, albo jest pijany. Naprawdę, bardzo śmieszne. Nie dalej jak dzisiaj przeczytałem, że z Facebooka usunięto stronę o nazwie „Jebać islam”, analogiczną „jebiącą” Polskę zostawiono. Przecież ta nikogo nie obraża. Skoro Maria Peszek i Szczepan Twardoch mówią własnej ojczyźnie „sorry” albo „pierdol się”, taka narracja jest w debacie publicznej dopuszczalna.

Dochodzimy do błędów tej książki. Orliński ubolewa, że w sieci możemy natknąć się na prawicowe treści, w tym te zadające kłam oficjalnej wersji przyczyn tragedii smoleńskiej. Nie czas i miejsce, aby pisać o tej tragicznej katastrofie. Nie widzi jednak autor, że wydarzenie to stało się również obiektem takich kpin i takiego hejtu, jakich wcześniej nie obserwowano. Przecież przebrzmiała gwiazdka przeciwników krzyża, Dominik Taras, nie narodziłaby się medialnie bez globalnej sieci. Nie zauważa Orliński stron organizacji komunistycznych, wesołych bojówkarzy z Antify, widzi tylko narodowców i skrajną prawicę. Jednak można to przeboleć, bo zasada opisywana przez dziennikarza „Gazety Wyborczej” obowiązuje uniwersalnie.

„Internet. Czas się bać” to nie tylko horror, to również psychodrama bez happy endu. To książka smutna, bo pokazuje czarno na białym, że wady komercjalnego i korporacyjnego społeczeństwa, które widoczne były bez globalnej pajęczyny, teraz urosły jeszcze bardziej. Nie wnikam już tu we wszystkie tematy, które Orliński porusza, bo recenzja ma ograniczoną pojemność. Pozycja ta jest pełna drobiazgowych faktów: dat, nazwisk, liczb, które w prosty sposób mogą udowodnić, że internet w dzisiejszej formie jest już nie do naprawienia. Jeśli medialne korporacje potrzebują odsłon własnych artykułów, zrobią wszystko, by było ich najwięcej. Nawet za cenę kloacznego hejtu i prymitywnych, niegramatycznych bluzgów. Nie ma newsa, który nie byłby zanieczyszczony tak zwanymi komentarzami. Wybuch gazu spalił wioskę? Czteroosobowa rodzina poniosła śmierć na drodze? Proszę bardzo, do wyboru i koloru pojawiają się kurwy, chuje i spierdalaje. A korpo-grubasy zacierają ręce, bo klikalność jest bogiem i od niej zależy, ile pieniędzy znajdzie się na koncie.

Coś nie wyszło i nawet Orliński nie ma recepty. Bo te, które podaje, są tak utopijne, że nawet on sam zdaje sobie z tego faktu sprawę. Zgodziliśmy się na utratę prywatności, na inwigilację, samobójstwa zaszczutych ofiar internetowej nienawiści, na trolling, na śmietnik bezużytecznych wiadomości. Zgodziliśmy się na dyktat Google, Wikipedii, Facebooka tak bardzo, że nawet nie wiemy, czy jeszcze istnieją jakieś alternatywne źródła informacji i wyszukiwania. Daliśmy się przerobić jak naiwne dzieci, którym wciąż wydaje się, że w sieci można znaleźć wszystko i że to wszystko jest obiektywnym zbiorem bezstronnych informacji. Nic bardziej mylnego, jesteśmy w błędzie bardziej, niż nam się wydaje. Wystarczy sięgnąć po Orlińskiego, aby się o tym przekonać.

Wojciech Orliński, Internet. Czas się bać, wyd. Agora, Warszawa 2013, ss. 288.

Tekst pochodzi z portalu wNas.pl. Kultura jest w każdym w nas.

Jak internet zrobił nas w balona. Czas się go bać? RECENZJA
Rewolucja trwa. Pod czerwonym sztandarem feminizmu aktywistki przejmują rząd dusz. W Okopach świętej Trójcy trwa męski ród. Na Zachodzie, szczególnie w Skandynawii, zupełnie skapitulował, w Stanach Zjednoczonych jeszcze walczy na barykadach. Na południu Europy i w Rosji trzyma się całkiem nieźle, chociaż słychać tam już dalekie huki armat. Feminizm, nazwijmy go klasyczny, postulował równouprawnienie kobiet, co działaczki już dawno osiągnęły. Nikonow stawia tezę, że dzisiejszym bojowniczkom damskiego świata nie chodzi o równość, ale o supremację. Podobnie jak dzieje się z wieloma mniejszościami. Jako grupy krzykliwe, agresywne i korzystające ze wsparcia tak zwanych organizacji pozarządowych (nie pamiętam, kto celnie scharakteryzował te instytucje, jako podmioty chcące rządzić, ale bez odpowiedzialności), chcą one nie tyle równych praw, co sięgają po władzę, pragnąc zastąpić obowiązujące narracje swoimi zmanipulowanymi opowieściami.

Tytuł książki jest prowokacyjny, jak i cała jej treść, natomiast na wojnie nie ma półśrodków. Nikonow twierdzi, że batalia między radykałkami a resztą świata weszła w jeszcze bardziej agresywną fazę, trzeba więc zastosować mocniejsze środki bojowe. Wbrew pozorom „Koniec feminizmu” nie jest książką dotyczącą tylko zagadnienia tytułowego. Przedstawione jest ono w szerszym kontekście, mianowicie gender oraz poprawności politycznej. Z gender jest jeden zasadniczy problem, który można porównać do marksizmu. Obie ideologie, czy filozofie na papierze wyglądają całkiem niewinnie. Karol Marks dokonywał analizy dziewiętnastowiecznego społeczeństwa i – mówiąc skrótem i uproszczeniem – skonkludował, że rządzi nim pieniądz. Gender u swojej podstawy twierdzi, że ujęcie płci zależy od kultury, co również jest prawdą. Eskimosi i mieszkańcy Francji nieco inaczej widzą społeczne role mężczyzn i kobiet. Jednak i marksizm i gender są osobliwie toksycznymi ideologiami, że zawsze przechodzą w praktykę i niszczą na swojej drodze tradycyjny porządek. Hucpa z przebieraniem chłopców w sukienki to nie tylko sprawa ostatnich kilkunastu miesięcy. Podobnie paranoiczne pomysły genderystów to nihil novi pod słońcem Szwecji czy USA.

Poprawność polityczna jest natomiast współczesną cenzurą, która blokuje badania naukowe i wiele przejawów zdrowego rozsądku. W myśl tej zwichrowanej ideologii rasizmem jest pobicie Murzyna przez białego. Sytuacja odwrotna już do aktów przemocy rasistowskiej się nie zalicza. Co więcej, może być potraktowana jako samoobrona. Bo przecież biały sprowokował czarnego tylko tym, że był biały. Śmiejecie się? Tak to działa również w przypadku przemocy między płciami. W niektórych stanach USA jako gwałt traktuje się jakikolwiek stosunek seksualny podjęty w momencie, gdy kobieta była pod wpływem alkoholu lub narkotyków. Na jednej z uczelni studentka zaskarżyła profesora o molestowanie seksualne, gdyż ten zbyt długo utrzymywał z nią kontakt wzrokowy. Na innej stało się to samo, tyle że wykładowca kontakt wzrokowy utrzymywał zbyt krótko. No i nasza bohaterka poczuła się dyskryminowana. Nie wierzycie? Głupie to? Zachęcam do lektury, a poza tym mieszkamy w Polsce, kraju na razie normalnym. I życzmy sobie, aby ta normalność trwała tu jak najdłużej. Za akt przemocy (wobec kobiet, rzecz jasna) w Australii uznaje się nie tylko rękoczyny (co jest zrozumiałe) czy agresywną mowę, ale również sytuację, gdy w momencie kłótni na widoku znajduje się broń. A prawo tego kraju za broń uznaje również pistolety startowe i zabawki.

Jeżeli mężczyzna kobietę zignoruje w czasie rozmowy, może ona wnieść sprawę o przemoc. Jeśli na nią nakrzyczy, może ona wnieść sprawę o przemoc. Jeśli ją uderzy, może ona wnieść sprawę o przemoc. Jeżeli zaś kobieta uderzy mężczyznę, o ile ten nie ubiegnie jej w wyścigu do telefonu na policję i - rzecz jasna - będzie miał na ten fakt niezbite dowody, to kobieta również może wnieść sprawę o przemoc. Przecież została sprowokowana. Brzmi to jak kiepska antyutopia, ale z tego, co pisze Nikonow, jest prawdą. Czy to jeszcze równouprawnienie, czy już walka o władzę? Jako dowód przytacza rosyjski autor obszerne cytaty z pracy Valerie Solanas, która całkiem poważnie postulowała zapędzenie wszystkich mężczyzn do komór gazowych. Radykalny feminizm doszedł już do takiego stężenia deklarowanej przemocy, że pewna liczba działaczy i działaczek tego ruchu (tak, są również w nim nieliczni mężczyźni) skapitulowała, wycofując się ze swoich uprzednio głoszonych poglądów. Zobaczyli oni, do czego prowadzi ta ideologia.

Polskie dyskusje o gender przyzwyczaiły nas, że jest to spór między radykalnym lewactwem a katolikami. Co może nas z jednej strony dziwić, ale mnie osobiście cieszy, Nikonow w ogóle nie jest chrześcijaninem. Autor to scjentysta, naturalista, liberał i ateista. Jak widać, z tych pozycji również da się krytykować chore idee. A wręcz, gdy pomyślimy logicznie i naukowo, stanie się to obowiązkiem każdego wykształconego człowieka, szczególnie tego, który odebrał dyplom na kierunku ścisłym. Nie jest żartem, że radykalne feministki chcą likwidacji logiki i matematyki, jako nauk męskich. Nikonow dokonuje zaorania genderowych paranoi za pomocą nauk przyrodniczych. Ostatnia część książki to analiza naturalnych różnic między mężczyznami a kobietami; a wynikają one z ewolucji. Wystarczy średnio znać biologię, aby pożegnać się z genderyzmem na zawsze. Kluczem do zagadki pojawiania się gender, feminizmu i politycznej poprawności jest po prostu nieuctwo.

Aleksander Nikonow, Koniec feminizmu: czym kobieta różni się od człowieka, tłum. P. Powolny, wyd. Trio, Warszawa 2011, ss. 356.
Takie skojarzenie, taka sytuacja. Bo i książka niecodzienna. O Korei Północnej ostatnio pisze się, może nie sporo, ale więcej niż w poprzednich dekadach, ale takiej książki jeszcze nie było. Autor, Artur Nowaczewski, wyjechał do kraju Kim Ir Sena – bo ten jeszcze wówczas żył i rządził tym państwem – w roku 1989, a wrócił dwa lata później. Wyjechał tam jako dwunastolatek, wraz z ojcem, matką i bratem. Wówczas dogorywająca PRL współpracowała jeszcze gospodarczo z azjatyckim reżimem, toteż ojciec autora udał się tam na kontrakt. Czasy to były ciekawe, bo we wschodniej i środkowej Europie walił (a może przekształcał) się stary porządek, gospodarka przyspieszała, społeczeństwa jednocześnie dziwiły się, przeklinały nowy, rynkowy porządek, a jednocześnie patrzyły z nadzieją w przyszłość. Tam zaś, w Pjongjangu, gdzie mieszkał bohater, wszystko było po staremu. Oprócz tego drobnego faktu, że właśnie rozpadał się Związek Sowiecki i strumień pieniędzy z Moskwy przestawał płynąć. Pojawiło się widmo głodu, który w latach następnych zabrał na tamten świat ponad dwa miliony Koreańczyków.

Wspomnienia Nowaczewskiego są specyficzne. Jako dwunastolatek, autor jeszcze nie rozumiał naturalnie wszystkich prawideł rządzących światem polityki. Teraz, pisząc swoje memuary z dystansu, wprowadził do nich konteksty historyczne, społeczne i polityczne. W tamtym jednak czasie haratał w gałę, łaził po strzeżonym osiedlu dla dyplomatów, oglądał filmy na wideo, chodził do szkoły – po chłopacku spędzał czas. Zdawał sobie sprawę z faktu, że oto trafił na Księżyc. Niczym bohaterowie Lemowskiego „Edenu”, którzy bez powodzenia starali się ogarnąć myślą nieznaną sobie planetę, Artur Nowaczewski, jako początkujący nastolatek, szwendał się po Pjongjangu i przegrzewał mózgowe styki. Dziwny, dziwny czas, jak śpiewał Tilt; autor z pewnością podpisałby się pod tym wersem. Z tego szwendania powstała ciekawa lektura, bo nieskażona ani politycznym ciężarem analizy, ani nieobciążona zdobytą uprzednio wiedzą. Nowaczewski nie wiedział o Korei Północnej niczego. I to nic-niewiedzenie powoduje, że my dziwimy się razem z dwunastoletnim chłopcem przemierzającym skąpane w upalnym słońcu ulice północnokoreańskiej stolicy. Co wydaje się niemożliwe, dzieciak ten zaglądał tam, gdzie nie wolno patrzeć nielicznym turystom, prowadzonym przez smutnych panów z tamtejszej bezpieki. Widział bramy domów, za którymi kryły się nędzne podwórza, przeczuwał istnienie jakiejś innej, podskórnej, skrytej Korei, o której ani nauczyciele w szkole, ani oficjalna propaganda kraju nie mówiły.

A skąd Niziurski, nieżyjący już bóg powieści młodzieżowej, pisarz osobny, kreujący w swoich książkach podszyty absurdem świat polskiej szkoły czasów Peerelu? Choćby stąd, że szkoła w „Dwóch latach w Phenianie” istnieje i jest podobnie nonsensowna, chociaż czasem bardziej normalna niż ówczesne placówki edukacyjne w Polsce. Prowadzona w języku rosyjskim dziecięco – młodzieżowa Alma Mater była siedliskiem nauczycielskich oryginałów i – rzecz jasna – groteskowych sługusów systemu, którzy rękami i nogami bronili się przed przyjęciem prawdy, że oto Imperium właśnie rozpada się na ich oczach. Podobnie jak w „Dreszczach” Marczewskiego, ale mniej dramatycznie. Tam mieliśmy zmianę paradygmatu politycznego, ze Stalinowskiego w jeszcze nieokreślony, przedchruszczowowski. Tu, na przełomie lat 80. I 90., zmieniał się cały reżim. Szkoła jak szkoła, są w niej bójki, rywalizacje, dyskoteki, pierwsze zauroczenia. Jest nieco nauki, ale przecież każdy wie, że szkoła to przede wszystkim miejsce, do którego chodzi się dla ludzi. Lekcje, sprawdziany i inne atrakcje są jedynie drobnymi dodatkami do towarzystwa.

Dzięki temu, że Nowaczewski spędził w Korei Północnej dwa lata, wie on o tym kraju więcej niż ktoś, kto obejrzy sobie film na Youtube, przeczyta kilka książek, czy nawet zwiedzi ten kraj w czasie tygodniowej ekskursji. Tyle, że to wiedza względna. Bo i państwo izolowane. Po siedmiuset dniach spędzonych w jakimkolwiek innym kraju, miałoby się więcej obserwacji, po północnokoreańskich „dwóch latach wakacji” pozostała garstka młodzieńczych obrazów, sporo obyczajowych scenek rodzajowych, natomiast o najważniejszym elemencie lokalnego pejzażu – o ludziach – nie ma tu prawie niczego. Nie czynię z tego faktu zarzutu wobec tej książki, tak samo jak trudno mieć obiekcje do astronautów z „Edenu”. Świat kosmitów z tajemniczej planety i rzeczywistość Koreańczyków z Północy są tak samo hermetyczne, a mieszkańcy Pjongjangu niczego o sobie nie mówią. Jedyne emocje, jakie okazywali, objawiły się nieco później, gdy umarł Wiekuisty Prezydent KRLD Kim Ir Sen. Ale to już inna historia.

Artur Nowaczewski, Dwa lata w Phenianie, wyd. Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2013, ss. 182.
Był sobie kiedyś dyrygent. Był sobie chór, chłopięcy, rzecz jasna. Była muzyka klasyczna, były występy w Polsce i za granicą. W Polsce panował siermiężny socjalizm: w sklepach było biednie i przaśnie. Jeśli nie jeździło się za granicę, małe były szanse na zdobycie czegoś bardziej luksusowego – ubrań, szynki w puszce, płyt winylowych. Zatem chór, który organizował wyjazdy na Zachód, był szansą na to, aby wzbogacić gospodarstwa domowe o ładne firanki, kryształowe kieliszki czy elektronikę. Mały chłopiec śpiewał, rodzice kupowali dobra, a dyrygent, Wojciech Krolopp, opiekował się chórzystami. Ta opieka przekraczała w znaczny sposób standardowe praktyki pedagogiczne i artystyczne, co spowodowało aresztowanie i proces sądowy, w końcu skazanie przestępcy. Tyle, że proceder ten nie trwał roku czy dwóch, on ciągnął się lat od lat 60. i objął swoim działaniem kilkaset ofiar.

Marcin Kącki, którego znają niektórzy z wydanej na początku zeszłego roku „Lepperiady”, książki opisującej kulisy powstania i działania Samoobrony, napisał reportaż poświęcony człowiekowi, który osławił się jedną z największych afer pedofilskich w Polsce. Wojciech Krolopp, bo o nim mowa, był dyrygentem Polskich Słowików, chóru chłopięcego działającego w Poznaniu. Liczbę wykorzystanych seksualnie chłopców szacowało się na kilkaset osób, oczywiście nie wszystkie zarzucane czyny zostały Kroloppowi udowodnione przed sądem. Niektórzy nie chcieli mówić, bo się bali społecznego napiętnowania, inni z kolei nie chcieli wracać do traumatycznych wydarzeń. Natomiast to, co usłyszała ława przysięgłych, wystarczyło, aby seksualnego zboczeńca umieścić w więzieniu. Jednak molestowanie nie jest jedynym tematem „Maestra”. Jest ono jednym z wątków, uważam, że wcale nie najważniejszym. Co jest nim zatem? Milczenie.

A milczał cały Poznań. Milczeli partyjni oficjele. Nauczyciele uczący wraz z Kroloppem w szkole muzycznej. Rodzice, znajomi, ofiary także, chociaż te ostatnie ze zrozumiałych przyczyn. Kącki próbuje dociec, co było przyczyną takiej sytuacji i dochodzi do wniosku, że powodów zamiatania sprawy pod dywan było kilka. Po pierwsze, wielu podejrzewało, ale nikt nie złapał za rękę. Po drugie, nie chciano – w myśl mieszczańskiej, wielkopolskiej miłości do ordynku społecznego – wychodzić ze sprawą, która pachnie bardzo brzydko. Po trzecie, nie wierzono. Maestro do końca procesu, a nawet po nim, miał grono swoich popleczników, którzy nie dawali wiary temu, o co był on oskarżony. Po czwarte, była jeszcze trauma. Zdarzało się tak kilkanaście razy, że byłe ofiary pedofila, gdy dorosły, same zapisywały własnych synów do Polskich Słowików. Psychologiem nie jestem, więc nie będę się mądrzył, szukając rozwiązania. Dla mnie wydaje się to zupełnie nielogiczne, tak jakby ojcowie chcieli zemścić się na własnych dzieciach za to, co uczynił im kilkanaście lat wcześniej pan dyrygent. Można więc mówić w opisywanym przypadku o zmowie milczenia motywowanej strachem, lękiem, ale i bezmyślnością, głupotą i egoizmem. Część rodziców wiedziała o tym, co wyprawia się w chórze. Zapisując własne dzieci, rodzice ci byli zainteresowani jedynie tym, aby krzywda nie spotkała tylko ich synów. Bliższa koszula ciału?

Krolopp prowadził nieuregulowane życie erotyczne. Często zmieniał partnerów, jako homoseksualista czuł pociąg do osób tej samej płci. Kuriozalne są w „Maestrze” wspomnienia jednego z kochanków Kroloppa, którego ten spotykał i sodomizował w Kołobrzegu, dziś znanego celebryty, specjalisty od mody. Człowiek ten, dzisiaj dorosły, zwierzył się Kąckiemu: „Jak dobrze, że byli tacy amatorzy 15-latków, bo zabrandzlowałbym się na śmierć”. Cytat powyższy zrobił kilka miesięcy furorę w mediach, zwłaszcza prawicowych. Te postępowe nabrały wody w usta w myśl zasady, że jeśli fakty nie zgadzają się z teorią, to z tymi pierwszymi jest coś nie tak. A co z tą teorią? Odsyłam do dr. Paula Camerona, który wypowiadał się o zależności między homoseksualizmem a pedofilią.

Krolopp jest opisywany również jako chory na władzę intrygant. W misternej grze odsunął on od prowadzenia chóru poprzedniego dyrektora, Jerzego Kurczewskiego. Sam nazwał chór Polskimi Słowikami, nawiązując do innego działającego w stolicy Wielkopolski zespołu chłopięcego, Poznańskich Słowików Stefana Stuligrosza, czym spowodował zimną wojnę pomiędzy dwoma ansamblami. Jest również dandysem, eleganckim mężczyzną o brzydkiej twarzy, którego szarmanckość i siła przebicia podobają się kobietom. Jest lawirantem, który przez kilkadziesiąt lat ogrywa lokalne środowisko: partię, władze miasta, Kościół, rodziców, przyjaciół chóru. Jest człowiekiem inteligentnym, zimnym, pozbawionym etycznego kośćca. Trzeba by dodać, że w czasie przeszłym, ponieważ dyrygent zmarł pod koniec zeszłego roku, uprzednio wypuszczony z więzienia ze względu na stan zdrowia. W jednym z niewielu wywiadów, a pewnie ostatnim, którego udzielił w czerwcu 2013 roku dla „Głosu Wielkopolskiego”, Krolopp nie tylko nie przyznał się do czynów, za które był prawomocnym wyrokiem skazany, ale jeszcze zarzucał kłamstwo tym, którzy uważali go za winnego. Za niespełna cztery miesiące Maestro zmarł, zabierając do grobu te tajemnice, których nie udało się Kąckiemu odkryć. Zmienił się chór, natomiast ludzka mentalność pozostaje stała. Przy kolejnej aferze obyczajowej znów większość będzie chować głowy w piasek, zamiatać syf pod dywan i udawać, że nic się nie dzieje.

Marcin Kącki, Maestro: Historia milczenia, wyd. Agora, Warszawa 2013, ss. 304.